Patrycja Mnich

Zuzka /Nowela/

Siedzą w tramwaju numer 13. Obaj mają po 10, góra 11 lat. Mały, chudy blondynek, mocno opalony, o włosach ostrzyżonych na jeża i białych jak śnieg. Białe brwi i rzęsy. Kolczyk w uchu udaje diamencik. Ten drugi chłopak wyższy, włosy ciemniejsze, ładniejszy. Ale nieśmiały. Chociaż głosy mają identyczne. Drą się, nie zwracając uwagi na innych pasażerów rozklekotanego tramwaju. Akurat toczy się między nimi niezobowiązująca konwersacja…

Siedzą w tramwaju numer 13. Obaj mają po 10, góra 11 lat. Mały, chudy blondynek, mocno opalony, o włosach ostrzyżo-nych na jeża i białych jak śnieg. Białe brwi i rzęsy. Kolczyk w uchu udaje diamencik. Ten drugi chłopak wyższy, włosy ciemniejsze, ładniejszy. Ale nieśmiały. Chociaż głosy mają identyczne. Drą się, nie zwracając uwagi na innych pasażerów rozklekotanego tramwaju. Akurat toczy się między nimi niezo-bowiązująca konwersacja:
– Nie no… mnie się podoba ten peugocik. Mogę mieć. Fajny jest.
– To pogadaj ze starą. Albo ze starym.
– No właśnie, to jest jedyna przeszkoda.
– Wiesz, chciałem ją zaprosić na basen – rzuca maleńki blondynek, dziecko po prostu – nawet mam pieniądze. Piętna-ście złotych. Ale to za mało.
– No, bilety musisz kupić i jeszcze coś do picia kupić.
– No i lody.
– No, lody też musisz kupić, właśnie – zasępia się ten ciem-niejszy.
– No, dlatego jej jednak nie zapraszam. A ostatnio się na mnie obraziła, nie odzywaliśmy się.
– No wiem właśnie. I co?
– No i już jest dobrze, przeprosiła mnie.
– No, ale jak cię przeprosiła?
– Normalnie, powiedziała, że przeprasza. Ale wiesz, jeżeli jej na mnie zależy, to tak powinno być… Ale ty pójdziesz z nami jutro na basen, co? – przypomina sobie Białas.
– Nie wiem.
– Nie no, coś ty, chodź, bez ciebie nie idę. Ciebie najbardziej lubię z naszej klasy. Ciebie najbardziej, bo ty mnie rozśmie-szasz, jak jestem wkurwiony. I za to cię lubię. Bo ty mnie roz-śmieszasz.
Przystanek. Ludzie wychodzą, wchodzą, wreszcie świeże powietrze, jest kwiecień, ale upał. Blondas lustruje wzrokiem kobietę koło trzydziestki.
– Proszę pani, chce pani może usiąść?
– Bardzo chętnie – odpowiada dziewczyna.
Blondas wstaje. Ciemny natychmiast robi mu miejsce obok siebie. Obaj są tak mali i chudzi, że zmieszczą się na jednym siedzeniu. Nawet śmiesznie wyglądali każdy na swoim, jak lalki na krzesłach dla ludzi.
– Michał powiedział, że od nowego roku szkolnego nie bę-dzie już z nią – ciągnie Białas.
– Czemu? Przecież zgodziła się z nim chodzić?
– Tak, ale bez wkładania.
– Aha.
– Wiesz, bez wkładania w…
– Ej, jesteśmy w tramwaju, zaraz nas stąd wywalą.
– Być może. To pójdziemy na piechotę.
Nikt ich w każdym razie nie wywala. Jadą. Rozmawiają jesz-cze chwilę o tym, który z nich ma bliznę gdzie i dlaczego, a tak-że czyj tata dłużej leżał w szpitalu. Potem wychodzą z tramwaju na wypełnioną słońcem ulicę.
Zuzia patrzy za nimi tęsknym wzrokiem. Fajni byli, myśli. Ten blondas miał fajny kolczyk. Łapie samą siebie na tym, że myśli o chłopakach. Pewnie dlatego, że wczoraj skończyła je-denaście lat.
– Na pewno nie jest ci przykro, że nie miałaś imprezy? – dopytuje głupio ojciec.
Jasne, że nie jest jej przykro, przecież nie mogła zaprosić kole-żanek i kumpli do domu. Teraz się tak nie robi, trzeba wynająć knajpę, wodzireja, kozy, konia albo balon z koszykiem, no, jakąś porządną atrakcję. Co, miała ich wziąć do domu i kazać słuchać muzyki? Filmy oglądać? Miała dopuścić, żeby się wydało, że nie uczy się wcale prywatnie od starego Japończyka tego japońskiego, co się tak chwaliła i że to srebrne czyściusie auto, co stoi codzien-nie przed szkołą to nie jest jej taty, bo jego to jest ten brudny rzęch obok, no i wreszcie, że jej mama nie jest enologiem, czy jak jej tam, podróżującym po Afryce, ale że jej zwyczajnie NIE MA? To byłaby porażka. Nie mogła do tego dopuścić. Lepiej niech ją uważają za zarozumiałą fokę.
– Żujesz goździki? – pyta niespodziewanie recenzent recen-zenta, sięgając do torebki z goździkami, jakich zwykle dosypuje się do grzańca.
W eterze unosi się zapach ostry, lekko miętowy, anyżowy i kadzidłowy.
Tata Zuzki przypatruje się recenzentowi, wiszącemu zwiew-nie nad jego głową.
– To ten recenzent teatralny z gazety. – Tata szturcha Zuz-kę, ale ona nie wykazuje zainteresowania. – Ten jego kolega to też recenzent. Z tej drugiej gazety – dodaje tata.
– Daj spokój – oburza się recenzent na kumpla.
– Ale żujesz?
– Nie.
Recenzent przez chwilę waha się, wreszcie pyta recenzenta:
– A po co miałbym?
– No wiesz. Znajomy jeden mnie nauczył – i siup goździka do buzi.
– Ale po co? W jakim celu?
– No wiesz, jak masz depresję. Żuję sobie wtedy. Jakoś tak polepsza.
– Ja nie mam depresji.
– Chcesz? Taki haj jest. I oczyszcza tak.
– No to daj.
Recenzent bierze od recenzenta goździka i nieufnie wsuwa
sobie do ust. Mlaszcze. Cmoka. Nawet zadowolony.
Tramwaj wlecze się, kolebiąc na boki. Na siedzeniach stare kobiety koło trzydziestki piątki i staruszki w okolicach czter-dziestki. Panowie o tłustych włosach. Nie wygląda to dobrze. Jak Zuzia była w ubiegłym roku na wakacjach we Włoszech, to tamci wyglądali lepiej. Mieli wesołe miny i nie rozumiała o czym gadają. Może to było najfajniejsze. A tu, w tramwaju, nad Zuzią wisi brzuch grubasa. Facet jest ubrany w paskudny biały garnitur w szare paski i spoconą koszulę, a na nogach ma srebrne buty z długim czubem. W ręce stara teczka na laptopa, ale wiadomo, że laptopa w niej nie ma. Tłuste włosy odgarnia od czasu do czasu ręką. Biznesmen.
Na siedzeniu po przekątnej starowinek. Najstarszy starowi-nek świata. Ledwo doczłapał do miejsca i klapnął. Teraz trzęsą-cą się ręką wyjął z kieszeni prochowca dwa kupony totolotka. Obraca je w kostropatych palcach. I na co mu taki los?
I ten jej ojciec. Siedzi obok niej, naburmuszony. I na co tu się obrażać? Że się auto rozkraczyło na środku ronda? No i co z tego? Jadą sobie tramwajem, fajnie jest.
– Tato, nie bądź taki nadęty.
Tata uśmiecha się pod nosem. I już ma coś powiedzieć, ale wtedy biznesmenowi zaczyna dzwonić komórka. Zamiast dzwonka, piosenka: „Mamy butelki z benzyną i kamienie, wy-mierzone w ciebieeeeee!”.
Przejeżdżają obok kościoła. Tuż przed nim leży zwalone przez burzę drzewo. Tarasuje wejście. Wielki korzeń o przekro-ju, na który złożyłoby się kilku potężnych facetów, ustawionych jeden na drugim. Korzeń jest wyrwany. Została po nim głęboka dziura w ziemi.
Zuzka ogląda się za drzewem. Jej wzrok krzyżuje się z ba-dawczym spojrzeniem starszej pani, siedzącej tuż za nią. Chu-da, mała, ubrana w elegancką garsonkę z gabardyny. Nieliczne włosy, natapirowane i polakierowane u fryzjera, tworzą platy-nową kopułę, podobną do waty cukrowej. Do tego młodzień-cze, migdałowe oczy. Pod nimi bruzdy i worki, twarz nie chce się już trzymać w miejscu. W ręce duży czarny parasol, do tego mała brązowa torebunia. Rajstopy w cielistym kolorze, na drobnych stopach solidne mokasyny na niewysokiej platfor-mie. Nogi gładkie i bez żylaków, cienkie w kostce, prawie sek-sowne.
Starsza pani patrzy na Zuzę badawczo. W oczach ma ból i wypatruje na twarzy Zuzy grymasu zrozumienia do tego swo-jego bólu.
– Jeszcze więcej będzie kataklizmów – stwierdza, jakby wróciła do dopiero co przerwanej konwersacji z Zuzią.
– No. Pogoda jest dziwna ostatnio. Często leje. A potem upał.
– To wszystko przez to, że ludzie w Boga nie wierzą.
– Naprawdę? – szczerze dziwi się Zuzka.
– Oczywiście. Dlatego kataklizmów będzie bardzo dużo. A najwięcej w Azji.
– Bo ja wiem.
– Tak, w Azji. Bo tam jest dużo hindusów, a oni w Boga nie wierzą.
Tramwaj zatrzymuje się z zardzewiałym piskiem. Pasażero-wie jak na komendę wychylają się w przód. I w tył. Gwałtownie. Starsza pani wstaje w sposób dystyngowany, jak dama, co tań-czy sama, i wychodzi powolutku, stopień po stopniu, z tramwa-ju. Zatrzymuje przy tym parasolką wszystkich innych, nawet młodych i silnych, którzy pragną wyjść lub wejść do środka. Nikt nie ma do tego prawa, królowa prorokini idzie.
Zuzka i jej tata także wysiadają. Na przystanku tłum. Jaka wesoła wiosna. Wszyscy bladzi jak trupy.
– Gdzie idziemy, tato?
Okazuje się, że idą na zamek. Na spacer, tak jak obiecywał. Zuzia wietrzy podstęp.

***

– To może młodzi usiądą tu na ławeczce, o tak, będziemy mieć piękny trawnik za pleckami. I pan młody siada, a młoda za nim, o tak i go obejmuje. Młoda obejmuje, o tak, ale młoda
pokazuje więcej seksu w oczach do pana młodego, tak, tak.
Pstryk, pstryk.
– I teraz z podwiązką młoda chce, tak? Dobrze. Która noga? Prawa, dobrze. Młoda staje obok ławeczki, o tak i nogę kładzie na, o tak i wyżej sukienka, młoda pokazuje nogą więcej seksu, tak, a młody siada i zębiskami jakby chciał złapać tę nóżkę z podwiązką, o dobrze, tak.
Wokół kamiennej ławeczki przed zamkiem zbiera się coraz więcej ludzi, głównie Japończycy i trochę Włochów. Robią zdjęcia fotografowi fotografującemu młodą parę.
Zuzka z tatą siedzą nieopodal, jedzą lody i przyglądają się sceptycznie. Zu podnosi głowę, patrzy w chmury.
– Będzie lało.
– Albo i nie.
W powietrzu wisi coś dziwnego. Niebo jest niemal czyste, pływają po nim jedynie dwie cukrowe chmury w kolorze spra-nej brzoskwini i chciałoby się je zjeść. Polizać albo chociaż po-wąchać.
Niby to niebo jest miękkie, ale teraz nie wolno ufać aurze, sielankowy nieboskłon potrafi raz dwa zmienić się w koszmar-ną burzę. Powodzie, pioruny, podtopienia. I zaraz znowu nie-winne słońce i błękit.
– Pogoda jest wredna w dzisiejszych czasach.

***

Zuzia i tata idą ulicą. Ona zauważa, że na jej tatę gapią się laski. Nie wygląda on źle jak na te swoje trzydzieści trzy lata. Trzeba przyznać. A taki stary. Może najwięcej po oczach to widać. Tak powiedziała mu koleżanka z zawodówki. Zuzka sły-szała to doskonale, przecież podglądała ojca przez okienko w przyziemiu.
To było wtedy, kiedy pojechali do babci i pradziadka Leona, do rodzinnego miasteczka taty. On wtedy poszedł na imprezę. „Spotkanie ze starymi znajomymi”, powiedział i nie chciał za-brać Zuzy z sobą, choć miała wtedy już dziesięć lat. Dlatego musiała odstawić cały ten cyrk, udawać przed babcią, że kła-dzie się spać, chrapać, a potem na palcach wyłazić przez okno na parterze, cicho, żeby ten idiotyczny, mały, niepodobny do niczego pies jej nie wywęszył. Babcia kupiła go, bo myślała, że posiadając chihuahua zostanie damą, jak Paris Hilton.
Tamtego wieczoru, skulona przy okienku, Zuzka podglądała jak ojciec bawi się w knajpie z kolegami i koleżankami.
Na małej scence całkiem nieźle grała lokalna kapela blueso-wa, a przy barze wisieli oni. Już nie pierwszej młodości, ale i nie do końca dorośli. Lekko wyłysiali, trochę utyci, kobiety z nieznacznie obwisłymi piersiami po porodach. Ale trzeba się mocno wpatrywać, żeby to wszystko zauważyć. Na pierwszy
rzut oka to młodzi, młodzi, młodzi ludzie. No i gruby wujek Zuzki też się tam oczywiście musiał znaleźć. Wszyscy pili piwo albo nawet czystą na lodzie, a on żarł słone paluszki, bo nie mieli tam niczego innego do jedzenia.
Jedna babka spóźniła się na to spotkanie. Wparowała do piwnicy, wystrojona w tipsy i zapiszczała:
– Iiiiiiiii, Jesssaaaasssss, to wy? Bossszzzzzz, ale się zmieni-liście! Albo nie, albo wcale nie!
Rzuciła się w ramiona zgromadzonych, oznajmiła, że wła-śnie wróciła z zagranicy i dowiedziała się przypadkiem o spo-tkaniu z Facebooka. Wycałowała każdego, zagłuszając wkur-wionych bluesmenów, i wykrzyczała na widok taty Zuzki i jej grubego wujka:
– Matko Boska! Aleście się zmienili!!! Nie poznałabym was! A gdzie ta twoja z czerwonymi włosami? – wychrypiała do taty Zuzki.
Towarzystwo spojrzało po sobie osłabionym wzrokiem i na-wet Zuza przez to swoje małe okienko zauważyła, że wieczór został spieprzony. Tata Zuzki milczał wymownie. Zuzka nie rozumiała dlaczego. Czemu nie powie tej głośnej babie, że jej mama jest enologiem w Afryce?! Że jest naukowcem i ta baba nie dosięga jej do pięt!
Jednak tata milczał, a baba z tipsami nie dawała za wygra-ną:
– No co? To była taka wielka law, a nie?
Zuzka uśmiechnęła się wtedy pod nosem, zadowolona. O tak, jej tata i mama to była wielka nieskończona miłość. Jak była mała, nieraz prosiła, żeby ojciec opowiedział jej o tym, jak się poznali.
Była wczesna jesień. Tata chodził do zawodówki. Pierwsza klasa. Nudził się tam, dlatego nie bardzo uczęszczał. Czytał wiersze Stachury, nosił zarzucony nonszalancko na ramię zie-lony plecak z żeglarskiego płótna. Palił jak smok. Długie włosy wiązał niedbale białą gumką.
Pewnego dnia siedział na wagarach w parku na ławce i czy-tał „Myśli nieuczesane”. Obok, na oparciu ławki, przycupnął wujek Zuzki, wtedy młody i świeży, a przede wszystkim chudy. Rozglądał się znudzony.
I wtedy pojawiła się ONA. Mama Zuzki. Szła powoli parko-wą alejką. Być może nawet szła w zwolnionym tempie, jak to bywa w chwili nieuświadomionych jeszcze, lecz przeczuwa-nych, miłosnych uniesień. Tata Zuzanny, wiedziony jakimś przeczuciem, podniósł oczy znad Leca i zobaczył ją. Nie mógł oderwać oczu. Jej ciężkie glany wzniecały tumany kurzu przy każdym kroku. Jej masywne nogi opinały czerwone wąskie spodnie. Jej duży biust zasłaniała skutecznie za duża o parę rozmiarów koszulka z napisem „Punk’s not dead”. Niesamowi-te były jej czerwone krótkie włosy i kolczyki okalające uszy od dołu do góry. Piercing w nosie. Wymalowane czarną kredką oczy. Plecak „kostka” na plecach, z powpinanymi okrągłymi
przypinkami.
Ojciec Zuzki trącił swojego przyjaciela, pokazał wymownie solidnej budowy dziewczynę i rzekł:
– Brudaska przylazła.
Wujek Zuzki przytaknął bez specjalnego zainteresowania. Tata nie znosił ostentacji, subkultury raczej go mierziły. Tole-rował je jedynie w przypadku swojego, siedzącego obok na ław-ce, przyjaciela-metalowca. Ale ci skini, depesze, punki…
A jednak nie dało się ukryć, że coś go pociągało w tej niezbyt atrakcyjnej dziewczynie. Nie odrywał od niej wzroku. Aż wreszcie ona, przyciągana jakimś kosmicznym magnesem, sta-nęła naprzeciwko ich ławki i patrząc prosto w oczy taty Zuzki zapytała:
– Masz fajkę?
Co można robić w parku po zmroku? Wszystko. Zwłaszcza, gdy wkoło buduje się dopiero co wywalczona demokracja, do-rośli są zajęci jej przeżywaniem, a knajp w mieście wciąż jak na lekarstwo. Demokracja ta zrobiła już kilka pierwszych kroków, na przykład wyremontowała wszystkie zepsute huśtawki i zjeż-dżalnie. Fantastycznie się zjeżdża, będąc osobą w przeddzień pełnoletności, ze zjeżdżalni, która w dzieciństwie była przera-żająca, a na którą matka wpychała małego człowieczka zdzi-wiona, że przecież innym dzieciom się podoba. Teraz ojciec Zuzki, bez cienia lęku, choć z pewną ekscytacją, wspinał się po
drabince na sam szczyt i hajdaaa, w dół ślizgiem. Za nim przy-ciężkawa pancura o czerwonych włosach.
Ponadto na placu zabaw, kiedy się schowasz w domku baby jagi, możesz kirać klej, palić trawę i pić cokolwiek chcesz z gwinta. Oni akurat pili jabcoka. Tanie wina to był wtedy bar-dzo ważny element życia towarzyskiego. Nawet bardziej, niż jeden wspólny papieros. Kiedy jabcok krążył wkoło, tworzyła się prawdziwa wspólnota, niezależnie, ile osób stało w takim kręgu. Były różne: „Byk”, „Karo”, „Kier”, „Wino”, „Malinowe cyco”, „Kwiat jabłoni”, „Zemsta teściowej”, „New Bara Bara”, „Odlot 2”, „Pokusa”, „Łzy sołtysa”, „Rambo”, „Mustang” i wie-le, wiele innych. Etykietki się kolekcjonowało. A jedna dziew-czyna kolekcjonowała nawet plastikowe korki po winie. Choć w sumie niczym się od siebie nie różniły.
I wcale nie było tak, że z każdym łykiem ta dziewczyna po-dobała się tacie Zuzki coraz bardziej. Przeciwnie, im bardziej się upijał, tym bardziej zapominał o jej biuście, a jej bezwstyd-ne bekanie powodowało, że raczej zaczynał brać ją za jednego ze swoich kumpli. W ciemnościach nawet była do jednego po-dobna.
– Ty, Smoła – masz szluga? – wybełkotał.
– Nie jestem Smoła, idioto – odparła mama Zuzki.
I zaczęła się śmiać niepohamowanym, zaskakująco dziew-częcym śmiechem. To było zaraźliwe. Tata też zaczął się śmiać, chichrać, tarzać po trawie. Do łez, do ślinotoku, do bólu brzu-
cha. Ona już ledwo kwiczała, nie miała siły, ale nie mogła prze-stać.
– No i co się tak śmiejesz, Smoła?!
Dopiero potem, kiedy już stali się nierozłączni jak Flip i Flap, zauważył, że jest kobietą. Do tamtej pory nie zastana-wiał się nad tym. Toczyli spory o kinie, książkach i ludziach. Z nikim nie rozmawiało mu się w tak fascynujący sposób. Darł łacha z jej buntu, bo przyznała się, że ma ojca za granicą, a matka jest właścicielką pierwszego eleganckiego butiku w mieście. Ale imponowała mu znajomością języków. I nawet dał jej się trochę wciągnąć w tę całą punkową ideologię, robił sobie czasem z długich włosów irokeza i wkładał rumuny na nogi. Lepiej wtedy razem wyglądali.
Pewnego dnia szli ulicą bez celu, kiedy nagle ona stanęła jak wryta.
– Co jest?
Wymownie pokazała kobietę w średnim wieku. Wysiadała z autobusu.
– Ale co? – nie zrozumiał tata Zuzki.
– No kurde, ma niezłą kieckę! – wyjaśniła poirytowana mama.
Tata spojrzał na mamę zdumiony. Nagle zdał sobie sprawę, że ta czerwonowłosa pancura musiała choć raz w życiu mieć na sobie sukienkę. Przynajmniej do komunii. I było to tak absur-
dalne, że zaczął się na głos śmiać.
– No co?! – popatrzyła podejrzliwie. – Mnie też się chyba może podobać fajny ciuch?!
Ojciec Zuzki ryknął jeszcze mocniejszym śmiechem. A więc ona z aureolą z wianka sztucznych kwiatów, w koronkowych rękawiczkach, długiej śnieżnej sukni królewny, przyjmująca komunię świętą. Z pobożnie złożonymi dłońmi i wysuniętym regulaminowo językiem. Zwijał się ze śmiechu, a ona nie wie-działa dlaczego. Szturchnęła go raz, potem drugi, wreszcie po-pchnęła. Upadł na chodnik i zaczął jeszcze zapalczywiej tarzać się i ryczeć. A śmiech, jak wiadomo, jest zaraźliwy, więc sama zaczęła się krztusić. On złapał ją za nogę i nie chciał puścić. Usiłowała się uwolnić, lecz bez skutku, w końcu runęła na zie-mię, wprost na niego. Okazało się, że ładnie pachnie, ma długie rzęsy i słodki landrynkowy oddech. To wtedy pierwszy raz spi-sała ich policja.

***

Tata Zuzi zrobił dla niej wielki wyjątek. Wielki, szlachetny i niespodziewany. Wszyscy parskali śmiechem, kiedy słyszeli, że tak po prostu został ojcem, tak po prostu niedojrzała (mówi-li) matka dziecka porzuciła jego i krzyczący becik i tak po pro-stu obciął długie włosy, żeby wyglądać poważniej. Wyrzucił wszystkie rozciągnięte gumki do włosów. Tak po prostu prze-
stał słuchać Maanamu i Kultu, że kończy się rok i słuchaj sło-wa, by zacząć to wszystko od nowa. Tak po prostu kupił nowe welurowe buty i czarny płaszcz trzy czwarte. Z filcu. Musiał też pojednać się z matką. Niemo przeprosić za lata niesubordyna-cji. Za to, że palił w swoim pokoju papierosy, mimo wyraźnego zakazu palenia ich gdziekolwiek. Że nie zbierał puszek po nie-mieckich piwach i nie sklejał modeli samolotów. Brzydko się wyrażał i sypiał z przygodnie spotkanymi, brzydkimi dziewczę-tami. Zdzirami, poprawiłaby go matka, która jest brzydka tak jak one.
Matka z satysfakcją przyjęła jego skruchę i dała mu trochę pieniędzy. Ale to było za mało. Poszedł więc do pracy, byle ja-kiej pracy urzędniczej. Szybko go wywalili, bo wyrażał opinie. Zapisał się do szkoły wyższej prywatnej. Zarządzanie i marke-ting. Znalazł pracę w gazecie brukowej, został pracownikiem działu marketingu. W nocy na słuchawkach słuchał kontestują-cych wokalistów, karmiąc dziecko sztucznym mlekiem Bebiko.
Kiedy Zuzia miała dwa lata, znacznie już wyłysiał. Codzien-nie wbijał się w marynarkę i nigdy nie patrzył wtedy do lustra. Krawat napawał go obrzydzeniem. Gardził sobą, że nauczył się go wiązać. Kiedy to się stało? Kiedy przestał śpiewać, że znów kolejna małolata ręce mi we włosy wplata, a zaczął rozmawiać przez komórkę Nokia o cenach promocyjnych modułu rekla-mowego? No jak to się stało właściwie?
Myślał o niej i nie myślał wcale. Czasem po prostu łapał się na tym, że ciągle ma ją w głowie. Rozpanoszyła się w jakimś zakamarku jego mózgu jak rak. Towarzyszyła mu nawet, kiedy kupował prezerwatywy, żeby przelecieć jakąś przypadkową laskę. Gdy z kolejną dziewczyną kupował koszulę, myślał, że ona wybrałaby całkiem inną. Jego kobiety. Były zawsze do niej niepodobne. Były jej rewersami. Nie robił tego specjalnie. Wy-bierał rewersy, a potem niezmiennie czuł się rozczarowany, że nie są awersem. Kiedy ich skóra pachniała całkiem inaczej, kiedy kupowały kompletnie inne kosmetyki i kładły je na jej półce, w całkiem nie taki sam sposób, kiedy robiły gulasz, któ-rego ona nie znosiła i wymagały od niego, żeby zjadł do wyliza-nia talerza i kiedy potem podawały deser, widział w nich swoją matkę, teściową, widział wszystkie kobiety–koszmary, ale nie widział jej. Ona była innym koszmarem, tym najgorszym, za którym się tęskni zawsze i którego nigdy niczym nie da się za-stąpić.
Nienawidził jej. Nigdy się przed sobą nie przyznał, bo nie lubił źle myśleć o ludziach, ale tak właśnie było. To, co zrobiła, znisz-czyło go na kilka lat. Nie jadł, nie pił, nie oddychał, a przynajmniej sobie tego nie przypomina. Nagle ocknął się i było trzy lata póź-niej, a on siedział w McDonalds’ie z trzyletnią córką. Dosiadła się do nich wtedy ta miła dziewczyna i jakoś tak się samo stało, że zamieszkała z nimi, zaczęła prać, prasować, gotować, a on nie miał siły jej powiedzieć, żeby sobie już poszła.
Sama odeszła. Nie mogła znieść jego milczenia i tego, że czasem nazywał ją innym imieniem. Znowu był sam z dziec-kiem.
Potem poszło lawinowo. Przychodziły, a on je wyrzucał. A one albo wracały, albo przychodziły inne. Czuł się jak front-man, skaczący z brzegu sceny na falujący tłum, który unosi go na swoich ramionach, podaje z rąk do rąk. A on jest zbyt oszo-łomiony, by panować nad sytuacją, poddaje się bezwiednie, i gapi w szybujące nad nim surrealistyczne niebo. Żadnej z nich nie kochał. Postanowił zresztą, że żadnej nie pokocha. I nie było trudno tego dotrzymać. Najbardziej bał się jednego. Że wcale nie byli sobie pisani, że ona nie była tą jedyną, tym puz-zlem pasującym jak ulał, który uległ poważnemu zniszczeniu. Jeśli nie była tą jedyną, to po co to wszystko było?
Kiedy Zuzia miała trzy lata, zapytała, gdzie podziewa się jej mama. Nie wiedział. Za to piekł torty. „Piekłem torty”, wspo-minał potem tamten czas, i było to najbardziej absurdalne zdanie, jakie mógł wypowiedzieć. I najlepiej streszczało tamte lata. Piekłem i mówiłem, że upiekła mama i przysyła. Wysyła-łem pocztówki z dalekich krajów, w których mama goniła za tygrysami i ratowała świat, jako etnolog.
Ale niedawno, w dniu swoich 11 urodzin, Zuzka przestała wierzyć w torty i opowieści z pustyni i puszczy, bo zrozumiała, że stempel wyraźnie informuje, skąd została wysłana pocztów-
ka i nie była to Afryka, Chiny, Mongolia ani Mars, Pluton, czy Neptun. Tylko Poczta Główna. Polska. Wtedy w Zuzi coś pękło. Przestała wierzyć i zaczęła zadawać niewygodne pytania. Szyb-ko odkryła, że nikt nie odpowiada szczerze.

***

– Ta moja pani to jest jednak głupia – mówi filozoficznie Zuzia. Lubi trzymać swojego tatę za rękę, kiedy tak idą chodni-kiem, chociaż od palenia papierosów ma żółte opuszki palców, śmierdzące nikotyną.
– Głupia kretynka – potwierdza ojciec, ale jakiś nieobecny.
– Pani to głupia torba. Nie szanuje ludzi. Kazała nam iść do dyrektorki, bo gadałyśmy o ważnych sprawach. Nie spytasz, jakich? – Nie czekając na odpowiedź, Zuzia ciągnie – Mojej kumpelki z klasy wujek gra w big bandzie w cyrku, wiesz? W tym… w Skandynawii. I tam lepiej mają słonie niż ludzie. Bo słoń najpierw je arbuza a cyrki po nim. To jest cyrkowcy. Pestki od arbuzów cyrki zjadają po nim. O ile słoniowi coś wypadnie. Ty wyobrażasz sobie? Mnie się to nawet podoba. Słoń to w końcu słoń.
Ale tata nie słucha, wpatrzony w jakąś starą kamienicę. Zuz-ce przechodzi przez myśl, że strasznie odwleka cel ich podróży.
– Co się tak gapisz na tę ruderę? – pyta go. – Tu nawet nikt
nie mieszka.
– No właśnie – filozofuje ojciec – kiedyś byli tu jacyś ludzie, mieli jakieś życiorysy, wchodzili i wychodzili tą bramą, wieszali pranie na balkonie, na oknach kładli pościel. A teraz nic po tym nie zostało.
– Masz znowu depresję? – Zuzka bywa rzeczowa.
– Wręcz przeciwnie.
– I dlatego tak strasznie powoli idziemy i tak powoli mam-lesz słowa?
– No.
Idą więc dalej. Zuzka ponownie wsuwa swoją wątłą dłoń w chłodną rękę taty. W drugiej tata trzyma papierosa. Mijają wszystko. Sklepy, szybkobieżnych przechodniów, roboty ulicz-ne, przystanki, miejsca parkingowe, bankomaty, pieski jak kot-ki, rowery jak motory, konia, dorożkę, drzewo, ławkę.
Chodzą tak nie od dziś, ze żłobka, do przedszkola, ze szkoły, na zajęcia z kung-fu. Taka dziwna para, on chudy, zgarbiony, z poplątanymi palcami, nieobecny wzrok, oczy koloru cienkiej ultramaryny. A ona – ni to dziecko, ni to kobieta. I to jej doro-słe spojrzenie, ten wzrok starca.
Ona i on to taki rodzaj osób, do których od razu, z niewia-domych przyczyn, czujesz respekt i trochę się ich obawiasz. Wyczuwasz, że będą się czepiać o każde twoje nieprzemyślane zdanie, analizować zbyt pochopnie wypowiedzianą opinię. Nie
odpowiedzą łatwo na twój uśmiech. Nie zdobędziesz ich tanim komplementem. Może powiedzą coś o książce, której nie czyta-łeś albo o płycie, której nigdy nie przesłuchasz, a ty będziesz udawał, że doskonale wiesz, o co chodzi, czując się w obowiąz-ku, by nie wyjść przed nimi na ignoranta, za którego i tak za-pewne będą cię mieli.

***

Tata Zuzanki pamięta to dokładnie. Że strasznie się wsty-dził. Zakochał się, polewali kumple. Sprowadza tę czerwoną zdzirę, biadoliła matka.
Co gorsza, tata Zuzki ukradł. Wykradł z albumu, który ma-ma Zuzki miała na półce, jedną fotkę. Na fotce była mama Zuz-ki w trzeciej klasie podstawówki. Miała długie rozpuszczone włosy i ręce na blacie stolika równo ułożone. Grzeczne spojrze-nie spod firan rzęs. Kręciła go ta niewinność, to ukradł.
Raz poszli na cmentarz. On ze swoim psem, a ona ze swoim. Jego był duży, a jej mały. On przystanął przed bramą na papie-rosa i powiedział, że nie wejdzie. Ona dała mu smycz ze swoim psem i weszła za bramę. Oglądała groby. A tak naprawdę cze-kała, żeby minęło trochę czasu. Nie chciała robić tego, co on akurat chce. Nie chciało jej się palić. Groby jej nie obchodziły.
Kiedy wyszła, nie było jego, ani psów. Wróciła do domu.
Wściekła. Nie będzie się prosić. Zadzwonił. Zapytał, kiedy ma zamiar odebrać od niego swojego kundla.
Poszła po psa. Wtedy kochali się pierwszy raz.
W tym czasie wujek Zuzanny próbował korzystać z możli-wości, jakie niósł ze sobą wczesny kapitalizm.
– Ma pan „Dirty dancing”?
– Ale z kina nagrywany. Z niemieckim dubbingiem. Słabo trochę widać.
– Ale po ile?
– Trzy złote.
– Ale coś widać?
– Jak się mniej więcej zna film, to nie przeszkadza. Ostatni taniec widać całkowicie bez zakłóceń.
– Daj pan.
Wujek Zuzy wyjął kasetę z „Wirującym seksem”, znalezioną w jednym z kilku pudeł, leżących na rozkładanym łóżku polo-wym, spakował w niemiłosiernie zużyte pudełko Sony, i podał klientowi. Z rączki do rączki.
To był wielki plac nieopodal kościoła. Lekko pochylony te-ren. Gdy stało się w najwyższym miejscu, widać było rozpoście-rające się od siatki do siatki, ciasno stłoczone stragany, namio-ty, „szczęki”, łóżka polowe, a nawet stoiska naziemne na pałat-kach. Handlowano wszystkim. Firmowo wytarte dżinsy (kogo nie było stać, kupował zwykłe teksasy i prał z pumeksem
w pralce), tureckie swetry, podróbki sportowego obuwia, kata-ny, psy, króliki, koty, wyciskarki do czosnku, nieaktualne kolo-rowe magazyny dla pań, radia samochodowe, słuchawki do walkmanów, obrusy, co się nie plamią, pirackie kasety magne-tofonowe i oczywiście, na samym dole, niedaleko wejścia – spiratowane zagraniczne filmy na kasetach video.
Było ich około dziesięciu. Sami faceci, głównie młodzi, w wieku wujka Zuzki. Ubrani w dżinsy, katany i podróbki adi-dasów, zakupione po kosztach od zaprzyjaźnionych stragania-rzy. Wujek się wyróżniał – miał długie włosy, koszulkę Slayera i spodnie-gumki w czarnym. kolorze Na to czarna skóra. Przez ten wygląd starsi klienci i kobiety czasem woleli kupować u tamtych.
Kiedy po placu szedł szmer „idą” wujek sprawnym ruchem wkładał pudła z kasetami do toreb podróżnych, brał łóżko po-lowe pod pachę i zaczynał spacerować. Policja za spacerowanie mogła mu co najwyżej skoczyć. Zresztą policja nie pchała się do likwidowania interesu, patrolowała, bo ją zwierzchnicy wysłali. Ciągle nie była wtedy dojrzała, niedawno jeszcze była milicją i wciąż od tych zmian kręciło jej się w głowie.
Tata i mama Zuzki często odwiedzali wujka na placu. Wchodzili, trzymając się za ręce. Wyglądali jak dwie papużki faliste. Często wraz z nimi na plac wlewał się tłum wylany pro-sto z kościoła. Odświętny, w spódnicach i lakierkach.
Tata kupił tam kiedyś mamie żywego kurczaczka. Pisklę
otrzymało imię Wezuwiusz. Mieszkało w tekturowym pudle i mama non stop świeciła na nie biurową lampką, przez co sa-ma nie miała się przy czym uczyć.
Koleżanki pozazdrościły mamie żółciutkiego pupila i w na-stępną niedzielę pokupowały sobie kurczaków. Każda miała obok biurka karton z kurczakiem.
Kurczaki dużo srały, a wkrótce zamieniły się w kury. Co tu począć ze stadem kur? Część z nich matki upichciły na obiad. Inne matki powyrzucały biedne stworzenia na osiedle albo po-odwoziły pupili do rodziny na wieś.
Tylko Wezuwiuszowi się upiekło. Pozostał z mamą Zuzki aż do swojej rychłej śmierci pod kołami samochodu. Mama była szlachetna. Wzięła go pięknego i młodego, cieszyła się jego milusią powierzchownością i choćby z wdzięczności za te chwi-le, nie potrafiła się go pozbyć. Otoczyła kurę należytą opieką. Mama Zuzki z tatą spacerowali z nią po okolicy i nic sobie nie robili z dziwnych spojrzeń.

***

Tak więc idą. A kiedy Zuzka wsuwa swoją dłoń w rękę taty, trudno z marszu zdecydować, czy to jego kobieta, czy córka.
Nagle dryń, dryń, dryń. Polifonicznie. Tata odbiera. Halo. To babcia. To jest mama taty. Dzwoni z zapytaniem, jak mija dzień i czy Zuzka już coś dzisiaj jadła, wątła ptaszyna. Ojciec
wypluwa strzępy odpowiedzi, jakby miał w ustach zapomnianą zeszłoroczną śliwkę. Babka znowu się ich czepia.
Kiedy Zuzka jeździ do babci, na każdym kroku drzewa kła-niają się jej ojcu. Tato robi się wtedy taki mały i tylko by wspominał. Patrzy szerokimi ślepiami na każde pęknięcie w chodniku, każdą szybę wybitą, każdy pień ściętego drzewa, jakby ktoś mu wydarł pół serca. Wspomnienia rzeczywistości niedostępnej dla Zuzanny kotłują się w głowie jej taty dniem i nocą. Może dlatego, że kiedyś ktoś brutalnie wydarł mu z gardła młodość i przepadła bez powrotu. Każdy kawałek tej mieściny coś dla niego znaczy, jest tabliczką upamiętniającą doniosłe wydarzenie, jak pierwszy papieros, jak pierwsze spoj-rzenie na pierwszą dziewczynę, pierwszy wpiernicz, pierwszy jabol. Wszystko z numerem jeden, każdy metr kwadratowy ziemi.
Zadupie. Nie oszukujmy się. Ale babcia jest w miarę w po-rządku. I ją, i tatę, traktuje jak dzieci, chociaż oboje od dawna są dorośli. Karmi ich ziemniakami i przyczesuje ręką włosy. Poddają się temu bez szemrania, ale po trzech dniach wsiadają w auto i wracają do siebie. Oddychają z ulgą.
Babcia jednak nie zawsze była całkiem fajna. Kiedyś, dawno temu, w latach 90., babcia wydawała się tacie Zuzki wredną, skurwiałą krową. Nigdy tak o niej nie mówił, ale epite-ty ledwo upychał sobie w ustach.
Przede wszystkim była gruba (i to się akurat wcale nie zmieniło). Po drugie miała czarne włosy na nogach. Po trzecie wąsy, a po czwarte wykazywała się wybitną ciasnotą światopo-glądową. Nie zapominajmy o trwałej. Miała trwałą, spaloną zazwyczaj.
Nie akceptowała. Nie i już. Syna z długim włosiem i niezro-zumiałymi poglądami anarchistycznymi. Jego dziewczyny brzydkiej i wulgarnej. I jeszcze że nie zjadła rosołu, jak ją uprzejmie poczęstowała. Wieść o dosyć rychłym zostaniu bab-cią przyjęła z wściekłą bezsilnością. Poszła do kościoła, prosić, żeby to się okazał tylko sen. Ale się nie okazał. Zamartwiała się reakcją sąsiadów z naprzeciwka i rodziny ze wsi. I koleżanek z pracy, z banku, jednego z pierwszych prawdziwych kapitali-stycznych banków w mieście.
Na spotkaniu z wykształconą rodziną brzydkiej zdziry z czerwonymi włosami, która zrobiła dziecko jej synowi, sie-działa niemo. Po co zaprosili ich do takiej drogiej restauracji? Matka czerwonej nie umie pewnie gotować, to i od kogo czer-wona miała się nauczyć? Syna mu zamorzy, będzie chodził brudny, obdarty i głodny, aż umrze.
Agresję wyładowywała na wszystkich, a najbardziej, nie wiedzieć czemu, na żwawym jeszcze wówczas pradziadku Leo-nie („Coś znowu zjadł to mięso, jak to była kość na zupę na jutro!”). Martwiła się, jak to teraz będzie, jak ona marzyła o tym, żeby u niej w rodzinie nie było żadnych skandali. Żeby
jej rodzina niczym nigdy się nie wyróżniała, była doskonale i wzorowo transparentna. Tylko to jedno marzenie miała, tylko o to Boga prosiła co niedzielę, a Bóg co?
W okienku bankowym straszyła złą miną, zaciętymi cienki-mi ustami i nerwowymi ruchami, którymi wyrywała petentom wnioski z rąk. A oni się wcale nie dziwili.
Jedyną rozrywką babci w czasie, gdy mama Zuzki miała ostatnie mdłości, było nabijanie się ze sprzątaczki. Taki miały klimat z koleżankami z banku, że sobie upatrzyły sprzątaczkę. Po prostu ogromnie je bawiła i poprawiała humor, który, gdy jest się panią z okienka, nigdy nie jest dobry.
– Ty, a może ona jest tuftą i po godzinach się na rurze wygi-na? – trącała babcię kumpelka, gdy wsuwały w kantorku dru-gie śniadanie, chleb z szynką.
Rechotały obie wesoło, ocierając usta i patrząc na tę dziwną chudą, skurczoną sprzątaczkę, o twarzy bez wieku. Na głowie miała czarną perukę, ale taką czarno–czarną, jak smoła i zro-bioną z nylonowych włosów, jakie mają na głowach tanie lalki z otwieranymi oczami. Gruba grzywka i włos do ucha.
– Moja córka na promocji ostatnio stała, to miała taką pe-rukę, tylko że niebieską. Szkoda, że ta niebieskiej nie włożyła – zauważała celnie koleżanka babci.
A peruka kolebała się chwiejnie na głowie mizernej sprzą-taczki o ciemnych oczach, gdy machała mopem w lewo i w prawo, do przodu, w tył, mechanicznie. Pochylona nad ki-
jem, nie pokazywała twarzy. Z cierpliwością Buddy – sprzątała. Dzień po dniu. Z namaszczeniem wysypywała pety z popielni-czek i zmywała pełne fusów z kawy szklanki. Polerowała no-wiutkie komputery i drukarki oraz niszczarki i skanery. Rów-niusieńko układała nowe numery gazety prawnej i czyste kartki do drukowania. Raz na tydzień myła okna. Wyglądało, że nie myśli o niczym. Lala z zamykanymi oczami.
Raz przyszła do niej trójka mizernych dzieciaków.
– Jeszcze na cyrkiel daj – zażądało najstarsze, wyciągając rękę z surową miną. Bo to był koniec sierpnia.
Sprzątaczka bez słowa wyjęła z kieszeni parę groszy.
– Tyle mam. Nie wiem, co zjemy do pierwszego.
– Może ciebie! Trzeba było starego lepiej pilnować.
I PĘK! matce przed nosem balonem z gumy, którą żuło.
A ta matka–sprzątaczka jakby dostała jakiegoś szału i – BACH! Tymi włosami o podłogę. Pierdut nimi o posadzkę! I co? I została z takim pisklaczym meszkiem na głowie. Jak jakiś nieopierzony orzeł.
Stała tak, dysząc i patrzyła na tę perukę ze sklepu z zabaw-kami, jakby się zastanawiała, kto ją tam rzucił, na świeżo umy-tą posadzkę?
Od tamtej pory babcia Zuzki się zmieniła. Trudno to było zauważyć na pierwszy rzut oka, ale stała się jakaś pokorniejsza, jak Królik po powrocie z wyprawy do Stumilowego Lasu.
Jest jedna osoba w rodzinie, która Zuzę fascynuje. To jej ciotka, którą tata nazywa Małą Mi. Zuzia przy okazji każdej wizyty u babci zadaje sobie pytanie: „Czy na obiedzie będzie Mała Mi?”. Przy drugim, zawsze mięsnym, daniu, Zuzka za-zwyczaj przypatruje się ciotce z niezdrowym zainteresowa-niem. Gapi się w talerz Małej Mi i specjalnie tego nie ukrywała. Włazi oczami pod jej język i żałuje, że nie widzi, jak kęs scha-bowego posuwa się ruchem robaczkowym w głąb ciotki. Jak ona może jeść mięso? Czy to zdrowe i normalne, że osoba zaj-mująca się zawodowo szczurami w laboratorium ma jeszcze ochotę na jedzenie czegoś żywego? Przecież ona wie, jak takie żywe coś wygląda od środka. Najpierw zadaje takiemu białemu szczurowi ból – bo ona bada ból u szczurów – a jak biedak kip-nie, to go wyrzuca i kupuje następnego. Ale zanim wyrzuci, rozkraja go i zagląda mu do środka. Przy tym, co ciotka wszczepia tym biednym zwierzętom, mysz z uchem na plecach wydaje się narażona jedynie na skromną niewygodę.
Praca Małej Mi jest tematem tabu. Nie wolno o tym wspo-minać przy jedzeniu. Kiedy ktoś przez nieuwagę powie „wy-szczurzy”, zamiast „wyszczerzy”, Małej Mi z oczu lecą ciężkie grochy łez, chociaż nikt ich nie widzi. Bo ona nie płacze na ze-wnątrz, tylko do środka, a potem płacz wychodzi jej nosem w postaci alergicznego kataru. Na zewnątrz się wstydzi zapła-kać. Ale i tak wszystkim jest głupio. Ciotka jest niesamowicie wrażliwa i nikt nie rozumie, dlaczego zabrała się za te szczury.
Zuzka lubi myśleć, że sprawdza, czy współczesne szczury potra-fią coś jeszcze poczuć. Czy też są już tylko cyborgami do gryzie-nia ziaren i wspinania się po rynnach.
Czy one coś czują, te szczury? Jak to zbadać, kiedy one nic nie mówią? Nie okazują bólu, nie potrafią go zasygnalizować, a może nie chcą? No bo odsunięcie łapy od groźnego szpikulca to jeszcze nie jest wyraz bólu, prawda? To może być zaledwie oznaka dyskomfortu. Kulturalna, dyskretna oznaka, bez paniki, bez niepotrzebnej histerii. No i czy takie szczury laboratoryjne czują miłość, czy czują radość, czy napawają się pięknem, które je wzrusza, tego Mała Mi nie bada, a dlaczego? Dlaczego nie chce im tego zbadać? Być może właśnie to najbardziej przyczy-niłoby się do niesienia pomocy ludzkości. „Kiedy ostatni raz coś czułeś?” – zadawałaby Mała Mi pytanie każdemu swojemu pacjentowi.
Ale nad nimi wszystkimi i tak królował niepodzielnie pra-dziadek Zuzki, Leon.
Pradziadek Leon uważał, że nie ma niczego dziwnego w kro-jeniu szczurów i wyrabianiu z nimi dziwnych rzeczy, bo widać tak musi być, że niektóre szczury są do tego stworzone. Gorzej, gdyby ktoś na przykład postanowił eksperymentować na Rek-siu. Tego pradziadek Leon by nie zniósł, bo uwielbiał psa Rek-sia. Co wieczór zasiadał przed plazmą w porze wieczorynki i nikt nie mógł mu wtedy przeszkadzać.
Najlepiej było, jeśli leciała akurat jakaś starodawna dobra-nocka z PRL+u. Pradziadek zagłębiał się w fotel i z błogą miną. Kiwając głową, dopowiadając, co bohater powinien teraz zro-bić, na co uważać i czego nie spartaczyć, dyrygował przebie-giem zdarzeń. Ale kiedy telewizja puszczała którąś z tych swo-ich bezdennie głupich nowoczesnych bajek, dziadek się wście-kał. Wyłączał telewizor i wychodził z pokoju, wiedząc, że ma zepsuty cały wieczór i noc, bo co mu się będzie śniło bez Reksia albo Bolka i Lolka? Potem jednak zawracał, włączał na powrót telewizor i wpatrywał się z zaciśniętymi wargami w dziwne, pokraczne roboty, obrzydliwe rysunkowe stwory, wredne i niewychowane, plujące, klnące i walczące bez jakiegokolwiek powodu z kim popadnie. Reksio działa zawsze w słusznej spra-wie, w obronie słabszych i w dodatku tak, by mimo wszystko jak najmniej skrzywdzić przeciwnika, ale dać mu nauczkę.
– Teraz bajki są do dupy – mówił Leon i wyłączał ostatecz-nie telewizor.
Pradziadek Leon miał generalny problem z telewizją. Nie potrafił zupełnie pojąć, jaki kretyn wpadł na to, by założyć ka-nał, na którym bez przerwy, dwadzieścia cztery godziny na do-bę, gada się o pogodzie. Analizuje ją na wszelkie możliwe spo-soby, zamiast po prostu w krótkich żołnierskich słowach poin-formować obywateli, czy w końcu będzie lało, czy nie. A szczy-tem dziwactwa wydawał się dziadkowi Leonowi kanał w całości poświęcony odkurzaniu. Baba odkurza i odkurza, demonstruje,
jak ten odkurzacz, bardzo tani na raty, strasznie dobrze odku-rza. A potem ta pani przestaje odkurzać i zaczyna kroić. Wszystko kroi tymi nożami strasznie drogimi, ale niezawod-nymi. No ileż można pokazywać, jak baba kroi i odkurza?! I czy jest na świecie taki wariat, który to cały czas ogląda?
Poza tym wkurzało dziadka Leona strasznie, że puszczają w telewizji w kółko to samo, więc zazwyczaj oglądał programy ze ściszonym głosem.
– Po co mam niby tego słuchać, jak ja wiem, co oni powie-dzą?
I faktycznie wiedział. Czasem dlatego, że na Wielkanoc znowu puszczali „Kevina samego w domu”, a czasem dlatego, że po prostu wszystko stało się dla pradziadka, który miał osiemdziesiąt pięć lat, boleśnie przewidywalne. Nawet jeśli oglądał najnowsze wiadomości, nie musiał słuchać, by wie-dzieć, o jakich to tragicznych wydarzeniach mijającego dnia informował spiker i jak bardzo są one nieważne, kiedy ma się tyle lat, co Leon. Na pewno są mniej ważne i pouczające, niż przygoda, która tuż przed wiadomościami przydarzyła się Rek-siowi.

***

– Tato, to tam idziemy? W niedzielę? – pyta Zuzka, bo ją bolą nogi.
Tata nic nie mówi, tylko gasi papierosa na równiutkiej kost-ce brukowej i otwiera ciężką bramę. Wchodzą po schodach, drewnianych, z wystającymi drzazgami. Coraz ciężej podnoszą nogi, gramolą się na dobrze im znane piąte piętro kamienicy.
Wchodzą do redakcji brukowca.
Po co dzisiaj tam lezie? – zastanawia się zniesmaczona Zu-zia. Weekend mamy, miały być niezwykłe wydarzenia. To nie jest niezwykłe wydarzenie.
Ojcu Zuzanny pracę w dziele marketingu brukowca załatwił jego najlepszy przyjaciel, gruby wujek Zuzki, obecnie dzienni-karz od skandali.
Na zdjęciach wujek prezentuje się zgoła inaczej niż w realu. Przede wszystkim jest chudy jak patyk. Poza tym ma włosy. Nie dość, że w ogóle je ma, to jeszcze długie. I kręcone. Na szcza-powatym karku wisi koszulka z prasowanką Slayera. Na no-gach czarne dżinsy, strasznie obcisłe. Tata mówi, że to dżinsy–gumki. Wujek uśmiecha się szeroko i pokazuje palcami satani-styczne znaki. Straszna wiocha. A na dodatek na tych zdjęciach zazwyczaj obok wujka występuje tata Zuzki. Na głowie ma po-kaźnego irokeza albo sflaczałego kucyka, na nogach buty, zwa-ne rumunami, a na grzbiecie obwisłą koszulkę z wyrwanymi rękawkami i prasowanką Sex Pistols. Pokazuje do obiektywu środkowy palec. No pięknie.
Kiedy tata Zuzki ściął włosy i jako samotny ojciec – pełen dobrych chęci i chaosu w głowie – udał się do pracy, wujek
wciąż pozostawał niedojrzałym chłopakiem. Metalem w durnej koszulce, szukającym dziewczyny, która zechciałaby się z nim przespać. Nie mogło więc być dla niego zadania bardziej ab-surdalnego niż:
– Popilnuj małej, muszę skoczyć do sklepu.
A jednak wujek pilnował małej. Śpiewał Zuzi piosenki Sla-yera, a ona śmiała się słodko. Musiała widzieć w nim przygłu-pa, choć nie pamięta tamtych czasów, gdy miała ledwo pół ro-ku.
Chodzili też na spacery. Ona, tata i wujek. Zabierali małą do knajpy, gdzie spała grzecznie przy dźwiękach głośnej rockowej muzyki, w oparach dymu. Oni pili piwko i podrywali przypad-kowe dziewczyny.
„Ja chciałbym zobaczyć to wszystko raz jeszcze, raz jeszcze zobaczyć to wszystko ja chciałbym” śpiewali, lekko wstawieni, ale dla każdego miało to inne znaczenie. Dla wujka dekoracyj-ne, dla taty Zuzki fundamentalne. Wierzył, że kiedyś się spełni.

***

W redakcji przy oknie stoi wujek.
– Zuzanno, moja panno, aniołanno, przepięknanno! – miz-drzy się .
„Za gruba z ciebie świnia dla mnie”, chciałaby się odszczek-nąć Zuzka, kiedy wielki, zwalisty wuj bierze ją na ręce, jakby
była niemowlęciem leciutkim w beciku.
Mój ojciec nie umie sobie dobierać przyjaciół, myśli zgryźli-wie. Nie lubi, jak ktoś się do niej za bardzo podlizuje. Trochę – ujdzie, bardzo – nienawidzi. A wujek ją ściska i miętoli, mierz-wi włosy i całuje w policzki, z okazji jedenastych urodzin.
– Już dobra – mamrocze Zuzka, dając grubasowi do zrozu-mienia, żeby odstawił ją na miejsce.
Reszta jest jakby mniej wylewna, i bardzo dobrze. Szefowa taty patrzy na nią z nieukrywaną nienawiścią.
Ech, ta szefowa, szefowa brukowca, szefowa wszystkich sze-fowych, model szefowej z Sevres. Rozwódka po czterdziestce, nienaganna fryzura, nienaganny makijaż i inne te dobrze wszystkim znane symptomy. Zacięte usta, przyczyna zmarsz-czek wokół. O, jakże ona nie cierpi Zuzki. Jakże generalnie wszystkich dzieci nie znosi, bo są chodzącym wyrazem niedo-skonałości jej doskonałego bytu. Taka Zuzka samym swym widokiem śmie jej przypominać, iż nie posiada ona domowego stadła, męża nie ma, dzieci nie ma. Pustka, przysłowiowe puste cztery aluminiowe ściany i lampka wieczornego wina na pocie-szenie.
Zuzka lubi tak o tej babie myśleć, ale to nieprawda. Szefowa ma dwójkę dzieci i męża, który szalenie ją kocha. Tylko za co?
Znowu pudło, Zuzka lubi się czasem droczyć. Szefowa nie ma dzieci, ani męża nie ma. Niestety jest przykładem na to, że stereotypy nie biorą się z powietrza.
Szefowa ma sekret. Wstydzi się pracy, jaką wykonuje, do-skwiera jej piekące uczucie poniżenia, za każdym razem, gdy uświadomi sobie, że pracuje w brukowcu. Co powiedziałaby na to jej nieżyjąca babka, słynna królowa reportażu? Jak bardzo byłoby jej wstyd, że wnuczka, zamiast zostać poważaną pisar-ką, czy ostatecznie felietonistką, zawiaduje bandą gamoni, lata-jących za plotkami? Z tego piekącego poczucia wstydu bierze się poniekąd alergia szefowej na dzieci. Bo kiedy ktoś tłumaczy swoje wszelkie życiowe kompromisy, obciachowe zajęcia i kiepskie posunięcia stwierdzeniem „Ja mam dzieci, muszę zarabiać”, szefowa dostaje szału. Czy to w takim razie oznacza, że ktoś, kto nie ma dzieci, nie ma prawa do zarabiania? Do ży-cia? Ma zostać mnichem tybetańskim albo ofiarować się Bogu? Rozdać, co posiada, ubogim i zajadając leśne korzenie oddawać się ziołolecznictwu? Tak więc dzieci nie są winne, że tak do-prowadzają szefową do szału. Winni są ich rodzice, używający potomstwa jako wymówki za wszystkie swoje świństwa i żenu-jące postępki.
Dzieci są wszędzie. Nawet jak ich nie ma, są. Taki trend. Billboardy pełne są rumianych dzieci i ich matek, wszyscy piją jogurty i jedzą zdrowe, nietuczące czekolady, zagryzając je cu-kierkami z witaminą C. Wkoło tych dzieci, i ich radosnych z powodu bycia mamą mam, biegają długowłose wyczesane psy rasy boearder colli. I zaganiają pociechy, by nie oddaliły się na
pobliską uliczkę z przedmieść USA i nie wpadły pod auto.
Dzieci są w ludzkich głowach. Konkretnie w głowach kobiet. Trzydziestoletnie kobiety w nowoczesnych ubraniach mówią i myślą tylko o swoich dzieciach. O tym jak je będą miały, o tym, jak usiłują je spłodzić, jak kupując w aptece testy owula-cyjne, mają w głowach te setki opakowań pigułek antykoncep-cyjnych, które zużyły przez lata i katują się biadoleniem, że zmarnowały tyle swoich cennych owulacji, bo były młode i głu-pie.
Te kobiety nie miewają orgazmów. Są im one całkiem zbęd-ne. One oddają się prokreacji, boskiemu stwarzaniu. Nie upra-wiają seksu w dni potencjalnie lub absolutnie niemal na pewno bezpłodne, by nie osłabiać plemników swych partnerów. Kon-kubentów lub mężów. Swych samczych niewolników. Ale gdy test owulacyjny daje im zielone światło, nie zasypiają nad lap-topem o 22:30, tylko wyjmują seksownym ruchem z oczu szkła kontaktowe, niedbale wrzucają je do specjalnych pojemnicz-ków, wypełnionych specjalnym płynem, zdejmują górę piżamy w misie i pokazując swoje nie najjędrniejsze już niestety piersi i gruby brzuch od siedzenia za biurkiem, rzucając się na swego partnera, niczym niezdarne pływaczki do basenu olimpijskie-go.
Po chwili leżą tyłem do nich, obrażone. A oni, nadzy, bladzi i zarośnięci, albo właśnie opaleni i wydepilowani, nie ma to znaczenia, bo tak czy siak oni tłumaczą się niezręcznie, dlacze-
go dzisiaj nie mogli. Zwalają wszystko na szefa, na projekt, na korki, na biomet, matkę, złą dietę, brak ruchu, stan przedzawa-łowy, nieulubioną pościel i nierytmiczną muzykę w tle. Nie zwalają tylko na te cycki, tę piżamę w misie i ten tłuszcz, który obrósł ich ukochaną.
Dlatego, kiedy mimo wszystko, jakimś cudem tej kobiecie uda się zajść w ciążę, sama czuje, że to niewiarygodne.
Najpierw się boi. Wpada w straszną panikę. Płacze ciągle i wszędzie, każdemu opowiada, że zapomniała wziąć pigułkę i wpadła jak ta głupia nastolatka. I że ciąża to syf, że ją mdli, że tyje, że ma dopiero 33 lata i jest za młoda na takie poświęcenie, ale on nalegał, on jej pewnie zjadł tę pigułkę, żeby ją usidlić, bo ją bardzo kocha.
Nawet nie ma sensu szczegółowo roztrząsać kosztów tego wszystkiego. Najlepszy ginekolog, który ukoi jej stany histerii, najlepsza położna, szkoła rodzenia, joga dla kobiet w ciąży. On, gdyby się nawet teraz cały wydepilował i przypakował, byłby dokładnie tak samo przezroczysty, jak teraz. Seks może za-szkodzić, kto to wie, co taki penis, wciskający się na chama raz po raz może uczynić zygocie?
Zatem on zaczyna sypiać w salonie przed plazmą. Dzieje się to nie w sposób nagły, demonstracyjny, czy w atmosferze awantury. Nie ma łez. Stopniowo coraz więcej czasu spędza wieczorem przed telewizorem, zabiera najpierw jasiek, potem poduchę, potem też kołdrę. Wreszcie odruchowo ścieli sobie
zawsze w salonie i nawet nie włącza telewizora. Pije whisky i usypia. Ona nie zauważa tego, zajęta głaskaniem śpioszków, posegregowanych równo na półce.
Poród odbywa się poprzez opłaconą z góry cesarkę, ale so-wicie wynagrodzonego ginekologa i tak nie ma przy niej, bo jest akurat na wakacjach w Grecji. Rozcina ją przypadkowy lekarz z ubezpieczenia.
Kiedy dziecko ląduje w swoim słodziuchnym pokoiku, w swej uroczej kołysuni, ona wpada w histerię i nie wychodzi z niej minimum przez trzy miesiące. Zakłada w tym czasie blog w Internecie, gdzie wrzuca zdjęcia stópek maluszka. Pisze przy tym żartobliwie i inteligentnie, jak ciężko być nowoczesną mamą. Inne mamy czytają ją i odnajdują się w tym. To im do-daje sił, by kolejnego dnia znowu od rana udawać.
Jednak ona, kiedy zamyka laptopa, patrzy z rozpaczą na swoje niezrobione paznokcie, na swoje sflaczałe dokumentnie już cycki i rozstępy na udach. Na twarz siną ze zmęczenia i na brak męża w łóżku. Na pociechę przenosi maluszka z jego sło-dziakowatego łózia do wielkiego małżeńskiego łoża. Zasypia, nie wiedząc kiedy.
W ciągu tego krótkiego snu, aż do pierwszego kwęknięcia tobołka, śni jej się reklama margaryny w zwolnionym tempie.
Lepiej zaczyna być, gdy po urlopie wraca do pracy. Wreszcie może opowiadać koleżankom o swojej reklamie margaryny. Słowa wylewają się z niej, jak mleko z ustek dzieciątka. Oto
czas jej tryumfu, oto zapłata za trudy i znoje. Opowieści o ku-pach, kolkach, bekaniu, sraczce, trzydniówce, zupkach, pu-drach, ząbkowaniu, a wszystko z miną bohaterskiej cierpiętni-cy, która w takim trudzie zrodziła nam dla powszechnego do-bra maluszka, który będzie robił na nasze emeryturki.
Kiedy wraca do domu, kluczy ulicami. Niby to niechcący przejeżdża obok klubu, gdzie piła do rana i całowała się z chło-pakami, kiedy jeszcze była kimś innym. Kimś, kto teraz wydaje jej się, że widziała go w filmie dla młodzieży. Ma wielką ochotę wejść do klubu, napić się i zapalić papierosa. Ale przecież kar-mi maluszka, a poza tym ma nowy samochód i jeszcze ktoś jej zadrapie.
Jedzie więc dalej, a rusza tak gwałtownie, że potrąca młode-go kota. Ten pada bezwładnie na jezdnię, a ona, wiedząc do-kładnie co zrobiła, dociska pedał gazu i udaje, że nic się nie stało. Jedzie na czerwonym przez skrzyżowanie, mijając billbo-ard z reklamą margaryny.
Nareszcie wzrok Zuzki pada na największego świra wśród kumpli ojca (dlaczego oni wszyscy pracują w brukowcu? Czy to ma jakieś znaczenie psychologiczne?). Chodzi o Kostkę, faceta bez wieku, o twarzy glisty. Kostka z wykształcenia jest aktorem, a z charakteru szpiclem. To fotoreporter, który strasznie chciałby być sprytny i zły. Chodzi zgarbiony, żeby było go mniej widać, co i tak nie może odnieść skutku, gdy ma się niemal dwa
metry wzrostu. Patrzy spode łba nieprzyjemnym wzrokiem, udaje twardziela bez sumienia. Niektórzy się nawet nabierają. Prasta i szasta złym słowem, kąśliwą uwagą. Myśli, że jest nie-zależny, kiedy właśnie gnie się jak łyżka z wosku. Zuzka nie znosi oglądać go w pracy, tej śmierdzącej gnidy, węszącej wszędzie skandal, za który mu zapłacą.
Mimo wszystko nie może ich bardzo nienawidzić. Wujka, szefowej i Kostki. Owszem, dostrzega ich liczne wady, owszem, ale mimo to patrzy na nich z jakimś tam rodzajem tolerancji. Bo kiedy przychodzą do nich do domu, wyzuci z pracowniczych buciorów, są tacy mili, tacy zabawni i tacy naiwni. Bez makija-żu, w bawełnianej koszulce, którą zaraz plamią sosem z maka-ronu, oglądając przy tym kolejny raz „Czterech pancernych i psa”. Chichoczą, popychają się, palą papierosy w kiblu (bo w pokoju nie wolno, a na balkonie czasem za zimno). Śpiewają piosenki, zdejmują skarpetki i skaczą po wersalce.
Ale też dyskutują na poważne tematy. Na przykład o Bogu. Właściwie trudno to nazwać dyskusją, raczej skrywaniem przed sobą tego, co się naprawdę na ten temat myśli.
Wygląda to mnie więcej tak: około drugiej nad ranem, kiedy nie chce im się już oglądać czterech pancernych ani przyjaciół, towarzystwo włącza Hey albo U2 (czyli coś, czego wstydziliby się na trzeźwo) i zaczyna dojadać resztki pizzy oraz dopijać resztki wina. Gruby wujek Zuzki zjada z wszystkich talerzy nie-dojedzone ciasto z obręczy pizzy, co wywołuje obrzydzenie
u Zuzy, która ich podgląda.
Wtedy zazwyczaj wzrok szefowej pada na przegub ręki Kostki i zaczepia go bełkotliwie:
– Boszszeee, zdejmij ten sznurek, proszę cię. Wyglądasz jak gej. Albo jak Madonna!
Kostka odruchowo łapie się za nadgarstek, jakby chciał obronić przed nieczułą szefową czerwoną nitkę. I tak zaczyna się rozmowa o Bogu.
– Nie zdejmę, odwal się – rzuca Kostka do szefowej, z usta-mi pełnymi zimnej margherity z podwójnym czosnkiem.
– Już przyznaj się raz, że wierzysz w kabałę – jęczy wujek.
– Tu nie chodzi o kabałę, ile razy mam wam mówić! – histe-ryzuje Kostka – to jest znak stowarzyszenia pro-ana!
A wtedy wszyscy w śmiech, bo komiczne jest to wyznanie zdrowego rumianego Kostki, który ponad wszystko uwielbia dobrze zjeść (a nie żreć, jak wujek).
– Zupełnie nie wyglądasz na anorektyka, stary – rzuca bez-trosko tata Zuzy.
– To są biedne chore dziewczyny – szefowa bywa wrażliwa, jak się napije.
I zaczyna się kłótnia. Kostka utrzymuje, że nie wierzy w ka-bałę, a reszta się z niego nabija tym bardziej, im bardziej on się upiera. Nawet nie chodzi o to, że wstydzi się tej kabały, on się wstydzi tego, że w coś uwierzył. Czuje się jak frajer, ma poczu-cie winy, jakby zrobił coś bardzo nieprzyzwoitego, albo właśnie
naiwnie przyzwoitego. Czerwieni się i toczy pianę z ust.
Kiedy już nie może znieść tej nagonki, wskazuje oskarżyciel-skim palcem szefową i grzmi:
– A ty nie jesteś lepsza!
Szefowa oburza się wtedy teatralnie i zakładała ręce na pier-siach. Wydyma usta i patrzy spode łba. Wygląda jak mała dziewusia, której nikt nie chce zabrać do aquaparku.
– Owszem, jestem, bo nie wierzę w głupoty, tylko praktyku-ję obrzędy związane z ludową tradycją mojego kraju – mówi z udawanym spokojem.
– Chodzenie do kościoła w każdą niedzielę to niej jest świecka tradycja, jak chcesz wiedzieć! – Kostka jest zadowolo-ny, że ją przyłapał.
Bo szefowa ma ten feler, że nie potrafi oduczyć się chodze-nia na mszę. Wyniosła to z domu. Co niedziela był kościół, po-tem obiad: rosół i kurczak albo kotlet z ziemniakami. Teraz nie jada już mięsa, ziemniaków, ani żadnych takich świństw, ale ten kościół jej został, jak jakiś przesąd. Jakby niepójście do kościoła miało sprowadzić na nią sto lat nieszczęścia, tak samo jak czarny kot.
Przecież nawet nie słucha kazań, bo kiedy zaczyna, nóż jej się w kieszeni otwiera. Za to uwielbia patrzeć na ludzi wokół. Rodziny. Tradycyjne polskie rodziny, teraz już tylko w kościele takie widuje. Ubrani odświętnie, z dziećmi, nawet takimi ma-leńkimi w wózkach. Te większe łażą po kościele i przyglądają
się bezczelnie ludziom, siadają przy ambonie, krzyczą, kiedy im się podoba. W kościele nawet lubi dzieci. Zazdrości im.
Chodzi też o powtarzalność, o coś stałego. Ta sama godzina, co niedziela, w kościele oddalonym od miejsca zamieszkania, żeby nikt jej nie przyłapał, to samo miejsce, z tyłu, stojące. Ob-ok niemal zawsze ci sami ludzie. W tych samych, zaklepanych miejscach. Lubi na nich patrzeć. Po prostu. Przecież o to jej chodzi, a nie o jakiegoś Boga.
– Pójście z koszykiem na Wielkanoc to chyba nic takiego, ale medytowanie co tydzień w ośrodku zen to już prawie sek-ciarstwo, może nie? – szefowa zadaje to retoryczne pytanie, patrząc jadowicie na grubego wujka, a jemu w gardle staje ostatni ogryzek pizzy, której nie dojadła.
– No czo? – mamle słowa – Czo sze czepiasz? Tam chodżi ta goszka czo mi szę podoba.
Wujek zawsze usprawiedliwia się jakąś Gośką, której nikt nigdy na oczy nie widział. Wszyscy natomiast wiedzą, że to dziennikarka z brukowca, zajawiona na jogę, namówiła go na ten zen. I się wkręcił.
Tata Zuzki zazwyczaj w tej fazie imprezy zaczyna już trzeź-wieć i mieć kaca. Patrzy na nich i mówi:
– Nie oszukujmy się, o coś w tym wszystkim musi chodzić, ale my się nigdy nie kapniemy, o co. Taka mrówka żyje w na-szym świecie i radzi sobie, ale nie ma bladego pojęcia o tym, jaką akurat drepcze ulicą, jaki jest dzień tygodnia i kto jest pre-
zydentem, a nawet co to takiego prezydent. Nie wie, jakie to miasto, jaki kraj i że mamy globalne ocieplenie. I nigdy się tego nie dowie.
– Taka mrówka… – zamyśla się wujek.

***

Szefowa i Kostka uśmiechają się do Zuzki, jak do pięciolet-niego bachora. A ti, ti. Jak ona tego nienawidzi. Rozgląda się, znudzona. Ten brudny, zasrany brukowiec. Kątem oka zauwa-ża, że coś się szykuje. Wujek podsuwa jej suchego piernika i kawę z automatu, Kostka cyka jej kilka fotek z okazji urodzin, wszyscy chcą ją zagadać. Jednak wprawne oko szybko wyłapu-je, jak tata mówi coś na ucho wujka, wujek potakuje, tata bie-rze go za wielki łokieć i oddalają się do pokoju korektorów.
Zuzka zostaje w towarzystwie Szefowej, która szybko traci nią zainteresowanie i Kostki, który otrzymuje tajny telefon z tajną informacją, że jakaś znana ze znanym jedzą sushi, i gna tam, gdzie oni jedzą.
Robi się cicho. Tak cicho, że Zuzka nie może nie usłyszeć, kiedy jej ojciec zwierza się wujkowi: nie wiem, może nie powi-nienem… to za duża sprawa dla małej dziewczynki… czy to słuszne… po co mi to… A wujek klepie ojca po ramieniu i jako przedstawiciel prasy ma mu do powiedzenia tylko jedno, że prawda jest w życiu najważniejsza.
Obaj wychodzą z pokoju korektorskiego, a Zuzka, myk, myk, wskakuje na fotel i bazgrze po gazecie.
Nawet jej się to kolorowanie gazet udaje. Raz jak tatę od-wiedził jeden artysta konceptualny to chciał jej załatwić wysta-wę w Zachęcie. Ale potem powiedział, że to jednak zbyt naiwne i niepolskie, ta jej sztuka.
To „niepolskie” strasznie wkurzyło pradziadka Leona. Wściekał się, że „nikt nie będzie wyzywał mojej prawnuczki od Żydów!”, bo przecież wszystko, co robi Zuzanna jest absolutnie polskie, do bólu polskie, bo on, pradziadek Leon, nigdy by nie dopuścił, żeby było inaczej!
Zuzka nie bardzo kumała, o co chodzi z tymi Żydami. Pra-dziadek chyba na serio ich nienawidził i bezwarunkowo odma-wiał pożywienia wszystkim wróblom. Karmił namiętnie gołę-bie, którym kroił na drobną kosteczkę suchy chleb, bo się go nie wyrzuca, obierał a potem mielił w młynku orzechy dla siko-rek, ale wróble, nawet w najstraszliwszy zimowy mróz, nawet, gdy były absolutnie wycieńczone i mizerne – wyganiał.
– Uciekajcie, wy Żydy małe, wredne, szimszimy wy!
– Jakie szimszimy? – zainteresowała się kiedyś Zuzka.
– Jak to jakie? Żydy szim szim robią, „szim szim”, „szim szim”, tak jak te wróble!
Rodzina nie traktowała serio poglądów pradziadka Leona, bo jak można traktować serio kogoś, kto wielbi Reksia? Nie pozostawało więc nic innego, jak tylko udawać, że się nie sły-
szy, gdy pradziadek wykrzykiwał, przeganiając miotłą małe wróbelki: „A sio, szimszimy, a sio!”.

***

W końcu jednak Zuzce nudzi się rysowanie po brukowej ga-zecie i podsłuchiwanie rozmów redaktorów. Tym bardziej, że z kanciapy na odkurzacz i papierowe ręczniki dochodzą dziwne dźwięki. OMGGGGGGMMMMM. Szast – Zuzka otwiera drzwi sprawnym ruchem. Z kanciapy wprost na jej głowę spada szczotka na kiju. Zuzka łapie się za guza i z przerażeniem spo-gląda na siedzącą w szafie babę. Wiek: na oko lat sto. Ubrana w jakieś rajtuzy i obcisły trykot, spod którego wywala jej się spory gumiasty brzuch. Do tego cienkie nogi i ręce. Pajęczyca. Siedzi na podłodze po turecku, w towarzystwie odkurzacza na kółkach. Kiedy Zuzia masuje guza, gapiąc się na dziwaczkę, ta wydaje z siebie krótki intensywny krzyk zdziwienia i wybałusza oczy.
– Co pani robi w tej szafie? – pyta Zuzka.
Joginka tymczasem rozluźnia się i mówi „Om”, przymykając oczy i dziwnie układając palce. Pomalowane paznokcie u stóp połyskują ciemną, elegancką purpurą. Jak na niemal stuletnią kobietę jest nieźle umięśniona, szczególnie łydki i ramiona. Żylasta jak gołąb z wypchanym żołądkiem.
W tym momencie do redakcji wpada facet opalony na sola-
rium. Podbiega do joginki w szafie i krzyczy z wyraźną ulgą: „BOŻE, WRESZCIE CIĘ ZNALAZŁEM!”. Joginka patrzy na mężczyznę z pogardą i ostentacyjnie zamyka mu przed nosem drzwi szafy. Ze środka znowu zaczynają wydobywać się dziwne mamrotliwe dźwięki.
– I tak cały czas. Od dwóch miesięcy – zwierza się facet, pa-trząc łzawo w oczy Zuzanny.
– Odbiło jej – stwierdza Zu ze współczuciem.
– Całkowicie – rozkleja się mąż joginki. – Ja, wie pani, je-stem aktorem, ale znudziło mi się to strojenie min w durnej telenoweli, więc postanowiłem sprowadzać wina z Australii i Austrii. Bardzo dobre. Różowe. No i sprowadzam je sobie, sprowadzam, aż żona (pokazuje wymownie na szafę) mi oznajmia, że życie przeze mnie zmarnowała, bo ja karierę robi-łem, a ona mi gotowała. Mięso w dodatku. Bo ja lubię mięso, wie pani. I że teraz musi zrobić coś dla siebie. No to ja mówię „no to zrób”. No to zrobiła. Zapisała się, wie pani, na jogę. I tak się zatraciła w tych wygibasach, że przestała artykuły pisać. Bo ona tu do tej gazety (zatacza kręgi ramionami) artykuły pisała. No i proszę sobie wyobrazić, zaczęła jeść warzywa, żadnego mięsa. I mnie też do tego chciała namówić! Ja mówię „nigdy w życiu”, a ta na mnie z pogardą patrzy!
Zuza robi wielkie gały, bo coś czuje, że powinna się oburzyć, choć nie wie właściwie, czemu.
– Ale to jeszcze nic. Potem powiedziała, że nie tknie więcej
wina. Normalnie przy kolacji odsunęła od siebie lampkę różo-wego australijskiego i powiedziała „NIGDY WIĘCEJ”. No to ja się niemal popłakałem. Moja krwawica, moje dziecko jakby, winko moje, a ona odmawia?! W imię jogi?? Proszę pani, no umówmy się. Ona ma pięćdziesiąt lat!
– Hy?! – wyrywa się Zuzce.
– No tak. Wiem, że nie wygląda, to przez tę cholerną jogę. Ale młoda nie jest, co nie?! I ona teraz nagle, po tylu latach, wzięła się za zdrowy tryb życia? I ona mnie straszy, że rozwód weźmie? Proszę pani, no bądźmy dorośli! Teraz są takie czasy, że to mężczyźni w moim wieku rzucają żony w jej wieku. Tak to teraz jest. Taka moda. I jak ja się pokażę kolegom na oczy, co ja im powiem?? Żona mnie rzuciła, bo jadłem mięso i piłem wi-no? Bo nie lubię marchewki chrupać?! Ja, aktor, którego kobie-ty w różnym wieku zaczepiają w supermarkecie?
Zuzia patrzy na aktora z wyraźnym współczuciem. Nie wie czemu, ale rozumie jego żal. A może nawet wie. Ona też nie znosi marchewki. I te pierdoły o zdrowym jedzeniu, że chipsy to szajs… kogo to obchodzi, kiedy się ma 11 lat, tak jak oni?
– Proszę pana – pyta Zuzka nieśmiało – a dlaczego ona tutaj siedzi w tej szafie?
Aktor z serialu macha tylko ręką i trzaskając drzwiami wy-chodzi smutny, jak zbity pies. Słychać jego ciężkie kroki na schodach.

***

Idą, idą i idą. Zuza ma tego dosyć. Ojciec zwariował, każe jej popylać po mieście przez całą bożą niedzielę.
W dodatku właśnie z podejrzanym zainteresowaniem patrzy na jakiegoś pijaczka, usiłującego wdrapać się na Everest schodków, prowadzących do dosyć obleśnego budynku.
Ojciec przystaje, podnosi pijaka, ustawia w miarę pionowo przy połatanej elewacji. Bez słowa, rutynowo, bo on jak idzie, to przy okazji ratuje kotki, ptaszki, przeprowadza przez ulice staruszki, pokazuje drogę zagubionym. Zuzka nie jest zachwy-cona. Dlaczego zawsze akurat oni muszą pomagać? Nie ma już innych ludzi na tym świecie?
Pijak patrzy na ojca Zuzki wzrokiem zaskakująco przytom-nym i bystrym.
– Wie pan, napadł mnie jakiś murzyn czy cygan. Uciekał, oni go gonili, a ja szedłem sobie. Walnął mnie, chyba niechcą-cy, w biegu. Pobiegli za nim.
Pijak patrzy smętnie na rozbite w mak butelki po piwie. Stoi w kałuży śmierdzącego płynu i piany. Pokazuje na to wszystko bezradnym gestem, a w ręce ściska kurczowo pustą, rozerwaną reklamówkę.
– Jackowi kupiłem trzy, a sobie tylko dwa. Piwa dębowe – uzupełnia.
Zuza stoi trochę z boku, nie chce, żeby kolejny raz prze-chodnie brali ją za znajomą żula. Ojciec przytakuje z empatią, ale roztargniony. Chwyta Zuzkę za rękę, chcą ruszać dalej, ale ten żul schyla się po resztki butelek i wkłada je do reklamówki. Jeszcze się pokaleczy, myśli Zuzka, albo zacznie żłopać piwsko z chodnika – domyśla z jeszcze większą zgrozą.
– On jest kolarzem, Jacek. Znaczy się był, mistrzem junio-rów Polski. To jest wykształcony człowiek, skończył technikum, wie pan.
– No tak, wódka, potrafi obalić nawet najlepszych – zagaja empatycznie ojciec.
– Ale wie pan. On pije tylko piwo. Dwadzieścia dziennie wypije, wie pan. Ale wódki się nie tknie.
Ojciec potakuje, bierze Zuzę za rękę. Oddalają się. Zuza się nie odwraca.
Zresztą myśli o Leonie. Ten pijak, nie wiadomo czemu, przypomniał jej pradziadka. Dziwne, bo pijak ma twarz osmo-lonego na grillu kartofla, a pradziadek szlachetne rysy rzeźby z Muzeum Uffizich.
Leon umarł pół roku temu. Zuzka to trochę przeżyła. I naj-gorsza w tym, że umarł była dziura, jaką zostawił. Żeby to jesz-cze była dziura widoczna, jakiś lej, jakiś dół w ziemi, wyrwa po eksplozji, ale nie. To była pustka, po prostu nic z niego nie zo-stało. Wczoraj był, dziś świadczą o tym jedynie jego równo uło-
żone papcie i wolny fotel przed telewizorem w porze dobranoc-ki. Zuzka od tamtej pory uważa, że znacznie lepiej byłoby, gdy-by ludzie po śmierci w coś się zamieniali. Choćby w drzewo. Można byłoby pod nimi spać. I to by było lepsze.
Nie wiadomo czemu, kiedy tato powiedział Zuzce „Dziadek Leon umarł”, przypomniała jej się ta opowieść z gównami.
Kiedy Leon był młodzieńcem, z jego pierwszym wąsem wy-buchła wojna. I to zdeterminowało całą jego przyszłość, nie tylko z powodów oczywistych i opisywanych w podręcznikach historii, ale też dlatego, że wtedy właśnie Leon naoglądał się mundurów i postanowił na całe życie zostać żołnierzem.
I nim został.
Służył w artylerii konnej. Na bramie koszar dumnie prężył się napis: „Koniu polski bierz przykład z konia radzieckiego!”.
Ze zwierzęciem dużym był więc za pan brat. Niejeden koń mu podlegał. I każdy musiał go słuchać. Dlatego też wtedy, na imieninach ciotki Janki, tam na wsi niedaleko koszar, dziad-kowi Leonowi miało się prawo wszystko popieprzyć.
Napił się dużo, jakiegoś samogonu, bo i czego. Wesoło było. Przyjechała nawet rodzina z zagranicy, a konkretnie ze Szwecji. Nic nie rozumieli, ale bardzo im się wszystko podobało i Leon zapamiętał, że dużo wymiotowali po tej wódce.
Kiedy nikt nie mógł się już ruszać, poszli spać na siano. Wszyscy pokotem. Leonowi zachciało się sikać. Wyszedł zatem za stodołę, ale nie chciał oblać truskawek, które gdzieś tam
sobie rosły w przydomowym ogródku. Udał się więc chwiejnie na łąkę za domem. Było lato i nikt krów nie zamykał na noc. Pasły się. I srały. W poświacie księżyca. A Leon chodził między nimi, co krok włażąc w gęste, śmierdzące placki, z nogawkami coraz bardziej upieprzonymi krowim gównem i komenderował ostro: „Baczność!”, „Spocznij!”. Tylko że niemądre krowy ani myślały.
Pradziadek Leon umarł przed telewizorem. Nie, nie oglądał Reksia, ale obrady sejmu. Zasnął i się nie obudził. Wcześniej zdążył powiedzieć babci Zuzki, że ma bardzo brzydką sukienkę i wygląda jak miotła z tą nową fryzurą.
Na pogrzeb przyszło bardzo dużo ludzi i wszyscy mówili o nim dobrze, nawet ci, którzy do tej pory uważali go za nawie-dzonego antysemitę. Teraz w ich pamięci jawił się jako nie-szkodliwy, zdziwaczały starzec, który kiedyś walczył na wojnie, ale nie zabił ani jednej osoby, a potem wychował troskliwie dzieci na nawet zbyt uczciwe. Zuzka wrzuciła mu do grobu płytkę DVD z Reksiem, chociaż chciała zebrać dla niego pięć kilo motyli. Tylko że się nie udało.
O tych motylach powiedział jej kiedyś właśnie Leon i jakoś dziwnie utkwiły jej w głowie.
Pradziadek miał dwunastu braci, było ich w domu trzynastu chłopaków i jedna, drobna, wychudzona matka. Jeden wychu-dzony koń i kilka morgów pola. Kiedy umarł ich ojciec, nie
bardzo było wiadomo, jak mają przeżyć. Założyli więc weselną kapelę. Matka pradziadka Leona, twarda drobniutka kobieta o kościstym ciele, pogrywała na skrzypkach, w domu, przy nie-dzieli. Jeden z braci umiał na akordeonie. A reszta? Reszta nic nie umiała, ale nie miało to znaczenia. Orkiestra była liczna, więc ci zdolniejsi skutecznie zagłuszali nieutalentowanych. Czyli odwrotnie, niż zazwyczaj w życiu bywa, ale to jeszcze były uczciwe czasy.
Kiedy grali na weselu, nie miało prawa nic się zdarzyć. Żad-nych sztachet, żadnych awantur, czy podszczypywania panny młodej. Trzynastu braci na czele z dyrygującą nimi mikrosko-pijną matką, nie tylko grało, ale i pilnowało porządku. To chy-ba właśnie z tamtych czasów wzięło się u pradziadka Leona zamiłowanie do porządku i kindersztuby.
Ciągle byli głodni. To Leon pamiętał najlepiej. Bo jak miało się najeść trzynastu chłopaków, mieszkających w biednej wiej-skiej chacie? Matka chowała przed nimi chleb, bo co zauważyli to zjadali. Pradziadek Leon nigdy nie widział u nich w ogródku czerwonego pomidora, bo zjadali zielone, a drzewa owocowe obsiadali jak szarańcza, że nic nie miało prawa dorosnąć i zmięknąć. Zjadali słodkie kwiaty akacji, zrywane z drzew. Z chabrów robili niebieski sok. Tyle przysmaki.
A przecież każdy z nich miał swoje dziecięce marzenia. Każ-dy czegoś od tego malutkiego życia chciał. A w sklepie koło szkoły było tyle wszystkiego. Blisko drzwi stała beczka z kiszo-
nymi ogórkami, na ladzie mąka, masło, na półkach szkolne zeszyty. A w kraju akurat trwała akcja „Wybij motyla, tego szkodnika”, podobna do późniejszej akcji „stonka”, którą na Polskę spuścili Amerykanie.
Państwo skupowało motyle na kilogramy. Sprytny właściciel sklepu wielobranżowego postanowił na tym zarobić i ogłosił konkurs, promocję taką, skierowaną w stronę najmłodszych mieszkańców wsi. Kto złapie i przyniesie do sklepu pięć kilo motyli, ten dostanie za darmo kozik, który kosztuje 10 groszy.
Wszyscy się wtedy na te motyle rzucili, w tym pradziadek Leon i jego dwunastu braci. Ale wszyscy szybko dali za wygra-ną uznając, że przedsięwzięcie jest nierealne. Jeden złapał pięć, inny trzy, a reszta ledwo po jednym motylu. Nikomu się nie chciało boso biegać po okolicy i kaleczyć w stopy. Tylko Leon nie dawał za wygraną. Tak bardzo chciał mieć ten kozik, rzecz, na którą nigdy w życiu nie byłoby go stać, synonim luksusu wiejskiego międzywojnia. Nierealne trofeum, którego zdobycie wydawało się spełnieniem wszelkich nadziei i szansą na lepsze jutro.
Dlatego mały Leonek latał po całej okolicy, czasem nawet za jednym motylem pięć kilometrów, aż do sąsiedniej wsi. Latał, wkurzając tym chłopów siejących, baby piorące i księdza piją-cego. Latał za motylami. Łapał je w garść, bo przecież nie miał siatki. Gdyby miał siatkę na motyle, byłby na tyle bogaty, że poszedłby do sklepu i kupił sobie ten głupi kozik.
Jednak nie szło nałapać pięciu kilo motyli. To jest po prostu niemożliwe zadanie. I ten wredny właściciel sklepu musiał o tym dobrze wiedzieć. A mimo to rozpalił nadzieję wiejskiego chłopaka. W końcu Leon dał za wygraną. Ale to coś już do koń-ca się w nim tliło. Ta nierealna nadzieja na coś lepszego. Nawet nie lepszego. Po prostu nadzieja na COŚ.
– Coś ty taka zamyślona?
– A tak myślę. O tym, jak to kiedyś było – Zuzka odpowiada ojcu melancholijnie.
Ojciec krzywi się. Co to za temat znowu, jak to było kiedyś. Było inaczej, wiadomo. I chociaż jest niby wkurzony, wciąga go to zagadnienie. A wciąga go dlatego, że sam bezwiednie, bez najmniejszej chęci, myśli często o tamtym.
Szczególnie, gdy są u jego matki, ojciec Zuzki zastanawia się, jak to możliwe, że przyszedł czas i wyrwał z korzeniami wartburga, kolorową wodę w woreczku, i wszystkie inne gadże-ty poprzedniej epoki. Patrzy codziennie na swoją córkę i nie może się nadziwić, jak ona ma inaczej. I żeby tak nie zostało nic z tego co było? Nie, nie, nie, to nie nostalgia, on za tamtym nie tęskni. On szuka po prostu, gdzie się podziewa to, czego nie ma. No, taki naiwny jest, że się zastanawia, gdzie się to wszyst-ko podziało. Ktoś bezwiednie, że ani się obejrzał, zabrał coś, co miało być niemym świadkiem jego dorosłego życia. A tymcza-
sem nic się jego drodze nie przygląda, bo zmieniły się ulice, domy, skwery, ludzie, nawet jego dom rodzinny nie istnieje, bo matka zamieniła mieszkanie w wielkiej płycie na przytulny domek z ogródkiem. Nikt nie zachował nietkniętego na pa-miątkę jego pokoju z plakatami Iron Maiden. Dlatego, gdy cza-sem odnajdzie trop dawnego, szokuje go to. Zbiera okruszki, zmiata do puzderka, chowa pod poduszkę i przegląda nocami, jak szczeniak.

***

Wtem, stają przed ładną kamienicą. Gdyby Zuzka nie była taka mała, może zauważyłaby, że to budynek z czasów między-wojnia. Odnowiony, czysty. Nie to co ich blok. Ojciec ciągnie ją za rękę.
– To tu żeśmy szli?! – awanturuje się Zuza. – Ale po co?
Ojciec milczy. Ręce mu się pocą. Zuza coś przeczuwa. Nie wie co, ale coś.
Wchodzą do mieszkania. Okazuje się, że jest to ładny apar-tament, z białymi meblami, kotarami, podłogą, kotem, z bia-łym wszystkim. Przy białym stole siedzą dwie kobiety. Zuzannę na razie interesuje głównie ta druga: bardzo chuda, zimna i oślizgła. Zuzka jej nie dotknie przecież, bo głupio, ale wie, że babka jest lodowata. Tyczkowate palce jak u kostuchy owijają
się wokół kubka z gorącą herbatą. Za oknem soczysta wiosna, a ta owinięta w jakiś kocowaty sweter, grzeje łapki przy herba-cie. Ma strasznie wystające kości policzkowe i długie gęste wło-sy. Ładna by była, gdyby piszczele nie wbijały się w oczy Zuzki od samego patrzenia. Modelka jakaś? Smutna bardzo, mimo wydatnych ust, które powinny przecież być powodem do dumy.
Nim Zuzka z ojcem się tu zjawili, chuda opowiadała właści-cielce białego mieszkania o swojej depresji. Syn poszedł do szkoły, tak się cieszyłam, że wreszcie go nie będę całymi godzi-nami oglądała, nie będzie mi brudził, marudził, jęczał, śmiał się i skakał, ale nie wiem, co z sobą zrobić. Eks ma kasę, alimenty wystarczają na wszystko, oglądam telewizję, mówię ci, jakie Amerykanie robią głupie seriale, tak samo głupie, jak nasze krajowe, zażyłam wczoraj pół tabletki na sen i spałam do połu-dnia, chodzę teraz jak jakaś szmata niewyżymana i dalej mi się nic nie chce.
– Ale na voodoo było fajnie – mówi biała spokojnym tonem.
Chuda uśmiecha się szeroko. O tak, tamten wieczór uważa za udany. Spotkały się u niej w mieszkaniu w cztery. Chuda, biała i jeszcze dwie. Wycmokały się na przywitanie i poszły do kuchni. Zrobiły sałatkę z serem feta, rukolą, suszonymi pomi-dorami w oliwie i grillowanym bakłażanem. Do tego każda wzięła w dłoń butelkę czerwonego wina. Plus stek z patelni grillowej, bo były same i mogły jeść tłusto. Ale z klasą, oczywi-ście. Wszystko na kwadratowych talerzykach. Białych, w rogu
ozdobionych delikatnym motywem bambusa.
Weszły z prowiantem do salonu. Na fotelu przed telewizo-rem siedział syn chudej. Też chudy. I mały. Oglądał jedną z tych bajek, których nienawidził pradziadek Leon. Chuda po-patrzyła na syna z niechęcią i kazała mu się oddalić do pokoju. Spać.
Rozgościły się zadowolone. Zasłoniły okna. Zapaliły świecz-ki. Porozkładały je po salonie. Chichotały przy tym cały czas. Tylko chuda była trupio poważna. Stąpała po miękkim dywanie jak czapla.
Wreszcie zasiadły na podłodze. W kole.
– Już?
– Już.
– Czekajcie! Musimy mieć coś na głowie. Inaczej nie zadzia-ła.
Chuda zerwała się, plącząc sobie nogi. Pobiegła do pokoju syna. Po chwili wróciła z naręczem dziecięcych czapek i czape-czek.
– Ja nie noszę – usprawiedliwiła się.
Rozdała im: wełnianą czapkę z uszami zająca, letni kapelu-sik w roboty, czerwoną czapeczkę świętego Mikołaja i hełm gwiezdnego rycerza. Usiłowały nacisnąć czapki na głowy, ale udało się je wsunąć jedynie na czubki. Zrobiły to. Tylko hełm okazał się ogromy. Spadał chudej na oczy.
– Już – zarządziła z powagą.
Wyjęła z szuflady przygotowaną uprzednio figurkę. Odlaną z wosku. Dziewczyny patrzyły z podziwem. Jaki piękny były mąż chudej! Jak żywy, tylko że z wosku! Ta sama szczupła syl-wetka, ten sam orli nos i pewna swego mina. Do tego penis po kolana. A co, niech ma.
Chuda położyła swojego byłego męża na dywanie pośrodku kręgu. Jedna z koleżanek zachichotała, ciągnąc łyk wina. Chu-da zgromiła ją wzrokiem.
Zapadła cisza. Chuda poczuła, że naprawdę w powietrzu są jakieś wibracje. Poprawiła hełm. Popatrzyła na swoje koleżan-ki. Biała wyglądała naprawdę niewinnie w czapce z uszami za-jąca.
– Zaczynamy – powiedziała chuda poważnie.
Wyjęła z kieszeni pudełko ze szpilkami i napiła się wina. Rozdała szpilki. Miały kolorowe główki. Każda wzięła po kilka. Koleżanki popatrzyły na nią wyczekująco i chuda poczuła, że to jest jej chwila. Wzięła do ręki szpilkę z żółtą główką i wbiła ją w lewą dłoń męża.
– Żeby już nigdy nie dotykał nie swoich żon – koleżanki przyklasnęły, zachwycone, a ona popatrzyła z dumą na swoje dzieło.
Druga wzięła niebieską szpilkę i wetknęła ją w głowę wo-skowego zdrajcy.
– Żeby szybko wyłysiał.
Potem poszło.
Oko – żeby nie widział innych kobiet,
nos – żeby nie czuł zapachu perfum,
noga – żeby kulał,
stopa – żeby mu się strasznie pociły,
ucho – żeby ogłuchł,
garnitur – żeby mu się najlepszy poplamił,
usta – żeby się jąkał,
zęby – żeby się skrzywiły,
szyja – żeby mu zarosła włosami,
spodnie – żeby sobie obsikał,
buty – żeby mu zdeptali z supermarkecie,
no i wreszcie wielki penis – żeby mu go urwało.
Ostatni ruch należał do chudej. Siedziała pośród czerwo-nych plam z wina na białym, miękkim dywanie, otoczona pu-stymi butelkami i pijanymi koleżankami, ubranymi w czapecz-ki jej ośmioletniego syna. Patrzyła smutnym wzrokiem spod hełmu gwiezdnego rycerza i walczyła z sobą, żeby nie płakać. Wzięła szpilkę, z której zleciała kolorowa główka, i wbiła ją swojemu byłemu mężowi w serce.

***

– Kiedyś były prawdziwe jabłka – stwierdziła chuda, z obrzydzeniem rzucając na stół ogryzek.
I wtedy w białym mieszkaniu zjawiła się Zuzka z ojcem.
Przeszkodzili chudej w jej trudnym procesie powrotu do szczę-śliwego życia. Przeszkodzili w opowiadaniu w kółko i w kółko aż do całkowitego zniknięcia problemu, o swoim nieszczęśli-wym małżeństwie i głupim dziecku.
Nim Zuzka z tatą weszli do mieszkania, właścicielka białego apartamentu zdążyła jeszcze tylko rzucić chudej: „To może byś się na fitness zapisała albo poszła do jakiejś pracy?”. Ale chuda nigdzie się nie wybiera, nie ma siły jeść, spać, myśleć, a co do-piero mówić o ruszaniu ręką, nogą, oczami czy mózgiem. Nie ma siły na nic. Lekarz przepisał jej na to lekarstwa, ale nie po-magają. Syn dalej ją wkurza, kupiła mu nianię, która go kocha, jest złą matką, zadręcza się i nie śpi. Nie jest nikomu do nicze-go potrzebna.
Biała wzruszyła ramionami. Spojrzała na swojego białego kocura, śpiącego leniwie na parapecie i na swoje krótko obcięte paznokcie. Wpuściła do płuc dużo powietrza. Rześkie. Spojrza-ła na swoje bielutkie mieszkanie. Puściutkie, przestronne. Po-winna być żołnierzem albo pracownicą służb specjalnych. Gdy-by zadzwonił czerwony telefon z rozkazem „już”, spakowanie całego dobytku i ruszenie na front zajęłoby jej góra pół godzi-ny. I nic by nie zostało. Nawet odciski palców.
– Znowu kupiłaś następną? – zaśmiała się chuda, biorąc do ręki książkę, leżącą na stole. Ładną, kolorową, w twardej opra-wie, ze lśniącymi, pachnącymi kartkami.
Ten pokaźny rząd książek kucharskich, który zagraca para-
pet białej, to w sumie najbardziej kolorowy akcent mieszkania. I tak, kupiła kolejną. „Soja na tysiąc sposobów”.
– Ty, po co ty to kupujesz? Przecież nie umiesz gotować.
Czasem się nawet zastanawia, czy nie powinna mieć czegoś swojego. Ale zaraz się boi. Kiedyś spotkała na ulicy koleżankę z podstawówki i przeszła na drugą stronę. Nie chciała powro-tów, wyparła wszystko z głowy. Ale i tak było za późno, zoba-czyła ją. Odbiła się, jak w szyderczym lustrze, w twarzy tej ko-biety, w jej ubiorze i sylwetce. To była dorosła kobieta z pierw-szymi zmarszczkami. Nie dziewczyna, jak wtedy, w ósmej kla-sie, kiedy po zakończeniu roku szkolnego żegnały się „do zoba-czenia po wakacjach”, bo nie rozumiały, że naprawdę coś się na zawsze skończyło. A więc teraz koleżanka z ósmej klasy była dorosła, wyglądała staro i prowadziła za rękę dwoje bladych dzieci, uśmiechała się do nich. Była ubrana w nieciekawą spódnicę i zachowawczą bluzkę. Biała pani odwróciła wzrok. W sklepowej witrynie zobaczyła swoje odbicie – dziewczyny o świeżej cerze.
„Chłopaki są jak ptaki. Odfruwają z nadejściem zimy”. Po-radniki. Biała Pani kupowała je namiętnie. Głównie przez In-ternet, bo była to forma bardziej anonimowa i nieprzynosząca wstydu. Kiedy przychodziła paczka, patrzyła na listonosza po-dejrzliwie, czy nie podglądnął zawartości. Wstydziła się szcze-
gólnie tytułów. Żenujące sto pytań, które powinnaś zadać sobie na temat mężczyzn, jak w dwa tygodnie poderwać chłopaka, ożenić się i rozwieść, być damą i dziwką, jak być szczęśliwą. W tych śmieciowych pozycjach książkowych odnajdowała jed-nak prawdy o życiu, zapisane w zwięzłym stylu haseł reklamo-wych. Zdumiewało ją za każdym razem, że można to, co w jej głowie stanowiło przydymioną magmę, krówkę ciągutkę i błot-niste tereny okolic Rospudy spuentować jednym prostym, tan-detnym hasłem. „Jeśli chcesz pokazać facetowi, że zrobił coś źle, nie mów mu tego, ukarz go”. Kiedy czytała poradniki czuła, że całe niejasne kłębowisko, które wypełniało jej głowę nie jest aż tak bez początku i końca. Niemal wszystko stawało się łatwe i oczywiste, a co najważniejsze, skoro ktoś opisał w amerykań-skim poradniku to, co dzieje się w niej, to znaczy, że to samo dzieje się we wnętrzach milionów kobiet. A to dawało pociechę. Kuriozalny, reklamowy ton tych książek powodował dodatko-wo, że wszelkie egzystencjalne problemy, włącznie z zagadnie-niem jak żyć, czym jest świat, po co istniejesz, stawały się ba-nalne, błahe i warte przemyślenia jedynie podczas dłuższego pobytu w toalecie.

***

Kiedy Zu z ojcem weszli bez pukania do tego białego, steryl-nego mieszkania, ojcu zaszkliły się oczy. Zu nie bardzo to zau-
ważyła, zajęta rozmyślaniem o chudej. A on patrzył na tę białą. Kiedy ostatnio ją widział? Swoją żonę, którą była niecałe pięć miesięcy? Przy spożywczaku w 1991? Kiedy wyszła ze sklepu, minęła jego, wózek i psa na sznurku? Po prostu przeszła obok, jakby ich nie znała. Patrzyli za nią smutno, ale żadne się nie ruszyło. Pies nawet nie zaszczekał, był tak samo zrezygnowany, jak ojciec Zuzki, która leżała spokojnie w wózku, nie przeczu-wając, że właśnie zmienia się bieg jej życia, że kiedyś zaduma się przy kominku myśląc: przecież mogło być całkiem inaczej.
Matka Zuzki minęła ich z absolutną obojętnością, a kilka kroków dalej wyrzuciła do śmietnika reklamówkę z zakupami. Nawet się przy tym nie zatrzymała. Miała czerwone krótkie włosy, liczne kolczyki w każdym uchu, opasujące małżowinę od dołu do góry, kolczyk w nosie i czarne ciężkie buty.
Teraz wygląda inaczej. Ojciec Zuzki patrzy na nią intensyw-nie. Długie jasne, cieniutkie włosy, szczupłe delikatne dłonie, krótka biała tunika, jasne, sarnie nogi. Bose stopy. Przemieniła się z twardej, masywnej dziewczyny w delikatną, drobną kobie-tę.
Nagle robi mu się jej żal. Była jak zbieg, jak uciekinier. On z dnia na dzień stał się ulubieńcem wszystkich, a ona – wywło-ką, poszukiwaną listem gończym i watahą psów tropiących. Nie porzuca się własnych dzieci. Matka to matka.
Matka Zuzy patrzy na niego ze smutkiem. Jest taki zwykły, taki skulony. Kiedyś był hardy, buntował się. Teraz nosi spod-
nie w kant. Obciął włosy, przerzedził je czas. Robi jej się go żal. Jak sobie radził przez te lata? Jak odpowiadał na pytanie, które ją tak bardzo bolało? „Dlaczego”? Sama nie umie odpowie-dzieć. Sama siebie wielokrotnie pytała.
Poszła na socjologię, ale okazało się, że według trendów ro-dzinę powinien opuścić mąż, więc ich model rozpadu nie pasu-je do wytycznych. Studiowała psychologię i literaturę, znalazła tam kilka chorych, wypaczonych przypadków podobnego po-stępowania, ale to jej nie uleczyło. A więc zapomniała. Nie chciała tego przepracować, iść do psychologa, nie chciała łykać leków, ani pójść do spowiedzi. Spojrzała na siebie w lustrze, pomyślała, że jest szczęśliwa i zapomniała z taką samą łatwo-ścią, z jaką kiedyś wyszła na zawsze ze sklepu spożywczego.
Czy myśmy kiedyś naprawdę się spotkali? Myśli tych dwojga niespodziewanie się splatają, gdy tymczasem w białym miesz-kaniu narasta krępująca cisza. Czy naprawdę to ty byłaś tą dziewczyną z czerwonymi włosami? A ty tym bezczelnym chło-pakiem z nieodłącznym papierosem, od którego pożółkły ci palce? Czy to możliwe, że istniał tamten czas, kiedy nie było tych wszystkich bankomatów, kart płatniczych i telefonów ko-mórkowych? Kiedy musieliśmy tłumaczyć się rodzicom, czemu wracamy nad ranem i śmierdzimy tanim winem? Kiedy w po-świacie księżyca huśtaliśmy się na huśtawce, ciągnąc łyk za łykiem i wydawało nam się, że nikt przed nami nie był tak wol-
ny i nikt po nas już nie będzie? Czy faktycznie wpinaliśmy w porozciągane swetry agrafki, a nasi znajomi kolekcjonowali puste puszki po piwie, bo to było bardziej dorosłe od history-jek z donaldów? Czy czytaliśmy sobie nawzajem Stachurę i wydawało nam się, że kto jak kto, ale my nie jesteśmy egzal-towani? I że nikt nas nie zniewoli, bo już my przejrzeliśmy to życie i z nami się temu życiu na pewno nie uda?
On jest spokojny, pamięta, bo wszystko wracało do niego każdej nocy w każdym śnie, na złość, by go krępować, przypo-minać, jesteś sentymentalny, czekasz, sam nie wiesz na co. Dla niej to szok, właśnie dogoniła ją wielka, pędząca kula, której nie sposób uciec. W zasadzie nie patrzy na nic, tylko na jego usta, spuchnięte i przesadnie czerwone, jakby malował się ukradkiem koralową szminką. Zawsze takie miał i właśnie to jest szokujące. Te usta zdradzają, że to wszystko było napraw-dę.
– Dobra, to o co tu w ogóle chodzi? – Zuzka nie wytrzymuje.
Potem wszystko toczy się w zwolnionym tempie. Ojciec in-formuje „To twoja mama”, pokazując przy tym na sparaliżo-waną strachem białą panią. Zuzanna traci oddech, naprawdę źle się czuje, może to od nadmiaru bieli, wszystko zaczyna wi-rować, zlewać się w jedną całość koloru sukni panny młodej, w śmietankową maź gigantycznej porcji lodów. Wszystko spo-walnia obroty, ojciec ciągnie niskim, nienaturalnym głosem,
jakim w telewizji mówią osoby, które nie chcą pokazać twarzy, by nie rozpoznali ich sąsiedzi.
A więc ojciec tłumaczy Zuzce tym spowolnionym głosem, że jest już na tyle duża, by wiedzieć, by poznać prawdę. Jej mama nie jest etnologiem, ani nawet enologiem, nie piekła jej nigdy tortów i nie wysyłała kartek z podróży, nie tęskniła za nią i nie nękała ojca, by pozwolił jej choć raz zobaczyć córkę, słodki cu-kiereczek, jej myszkę, sarenkę, kruszynkę. Ale ponieważ Zuza, w dniu swoich jedenastych urodzin zwątpiła całkowicie w ist-nienie swojej matki, postanowił udowodnić, że ona jest. Jest. Głos ojca jeszcze bardziej zwalnia obroty, a jego twarz wykonu-je dziwne ruchy, usta układają się powoli w kształt głosek, jak-by zanurzył głowę w wannę pełną wody.
Jest. I patrzy na swoje dziecko, przerażona. Tak samo prze-rażona jak Zuza, której świat walnął właśnie o glebę z hukiem dziesięciopiętrowego kolosa z wielkiej płyty.
I o ile świat Zuzy zaczął się kręcić znacznie wolniej, to tyle świat białej pani nabrał nagle zawrotnego tempa. Jak na pod-glądzie migają dni, sekundy, lata, miga całe jej życie, być może umiera właśnie? Może dostaje gigantycznego zawału? To by jej nawet odpowiadało, bardzo by tego pragnęła, musiałaby skupić się na tym, by zaczerpnąć tchu i nikt nie uznałby za karygodne tego milczenia.
Bo co ma powiedzieć tej obcej dziewczynie, która stoi przed nią? Jak wytłumaczyć swoją ucieczkę, skoro przez tyle lat sama
przed sobą nie umiała się wytłumaczyć?
Żeby chociaż romans, szalona, hormonalna miłość. To byłby przynajmniej jakiś konkret. Byłoby się czego uczepić. Można by uznać to za klasyczny przypadek kobiety upadłej, uwiedzionej, tracącej głowę z miłości. Ale czy można powiedzieć tej dziew-czynie „uciekłam, nie wiem czemu”? „Should I stay or sould I go now?”, zapytałam pewnego dnia i odpowiedziałam sobie nieetycznie na to pytanie?
Uciekłam, bo nie mogłam i nie umiałam, i przede wszystkim nie chciałam. Nie umiem być matką i żoną, nie chcę gotować i prać albo chwalić się koleżankom, że u mnie w domu dzielimy się z mężem równo obowiązkami. Nie mam talentu do rezy-gnowania z siebie na rzecz innych, drżenia o kogoś i wyrzeka-nia się własnych słabości w imię cudzych. Jestem kobietą ste-rylną, wypraną i wykrochmaloną, przez lata uczyłam się nie czuć, nie czuć absolutnie niczego na stałe, poza wcale nie tak łatwymi do opanowania przyjemnościami. Letni deszcz, kubek kawy, jak z reklamy, jazda na holenderskim rowerze.
Umiem tylko na chwilę, na godzinę, kiedy jest atmosfera, kiedy wszystko opiera się na niestabilnych podstawach, które, to jasne, runą najpóźniej rano, ale lepiej nad ranem, kiedy po-wiem, żeby wyszedł. To co potem, jest przerażające. Powtarzal-ność, nuda, nikt nie szuka niczyjego ciała. Nikt nie zauważa niczego, bo wszystko jest dane na tak zwane zawsze. Ja tak nie umiem żyć. Moje życie składa się z ulotnych chwil, które zaraz
palę. Ale każdą doskonale pamiętam, wącham, a inni nie pa-miętają żadnej. A ja najbardziej lubię niespodzianki, lubię ska-kać na główkę, walić głową. Lubię zaczynać od nowa i od nowa, ciągi dalsze umiem sobie wyobrazić.
Nie potrafiła opanować przemożnej potrzeby kolekcjono-wania intensywnych przeżyć. Sąsiedzi uważali ją za dziwkę. Przyprowadzała kochanków. W gruncie rzeczy wszyscy i tak byli do siebie podobni, ale podniecało ją, kiedy poznawała ich gdzieś z knajpie, w sklepie, parku, na ulicy, kiedy dotykali się spojrzeniami i nie była jeszcze pewna, czy cokolwiek z tego będzie, czy będzie się z nim kochała tej nocy, czy jedynie prze-ślizgną się po sobie wzrokiem.
– Naprawdę jesteś pisarką? – zapytał z powątpiewaniem, kiedy siedziała w tym klubie na sofie, sama. Paliła papierosa i piła przez słomkę piwo z cytryną.
Był nieciekawym, brzydkim facetem, uważał się jednak za półboga, jak większość tych nieciekawych osób dokoła.
– Nie, kłamałam. Sprzedaję kosmetyki w sklepie.
Odetchnął z wyraźną ulgą. Sam był pianistą, co imponowało laskom, a czuł, że pisarce tak łatwo by nie zaimponował.
– Chodźmy stąd – zaczął – zagram ci coś. Mam pianino „Le-ignitz” z 1936. Duża pojemność, ładny, czysty dźwięk, działa bez baterii, mechanika trochę skrzypi ale to nawet dodaje uro-
ku. Ma płynną regulację głośności, w ogóle nie jest lanserskie, nie jest również kombajnem do wszystkiego, choć można w nim schować na przykład flaszkę albo gazety. Bez bajerów (nawet nie ma modnych wówczas kandelabrów), jedynie dwa pedały i półeczka pod nuty. W porównaniu z fortepianem – nieduże. No i koi nerwy.
Chwilę milczeli. Ona nie reagowała. Aż nagle rzucił się na nią i zaczął mierzwić włosy, czochrać jak niesforne dziecko. Odskoczyła jak oparzona.
– Zwariowałeś?!!
– No to czemu nie powiedziałaś? Myślisz, że co? Że cię od-rzucę, bo pracujesz w sklepie?
– Tak właśnie myślę – powiedziała, wstała, wzięła piwo, to-rebkę i poszła.
Nieznajomy gej podszedł do niej i powiedział: podoba mi się twój dzisiejszy strój, pięknie dzisiaj wyglądasz. I masz piękne włosy. Podziękowała i usiadła przy barze. Obok na hokerze siedziała ładna dziewczyna. Ładna, ale stonowana, wtapiała się w kolor barku na tle tych wszystkich kolorowych dziewczyn z błyszczącymi glamour ustami o rozświetlonych drobinkach. Popatrzyła na nią sarnimi oczami z cynicznym półuśmiechem.
– Zdobyłaś coś? – zapytała niskim głosem, starając się ukryć, że jest pijana.
– Słucham?
– Zdobyłaś coś?
– Nie – odpowiedziała zgodnie z prawdą.
Te wszystkie dziewczyny, które nie pasują. Nigdzie nie da się ich wcisnąć tak, żeby nie zostawało luźne miejsce albo, żeby się zmieściły. Te dziwne pseudonowoczesne dziewuchy, pusz-czalskie dziwaczki, zdziry z cyckami na wierzchu, które tylko czekają, żeby ukraść ci męża i narzeczonego razem z partne-rem. Puszczają się w piątki i soboty. Potem czekają przez cały tydzień na telefon, ale ani ten z piątku, ani tym bardziej ten z soboty nie dzwoni. Porzucone, zdradzone, nieumiejące pora-dzić sobie ze swoim życiem emocjonalnym. Posiadające jeszcze przed trzydziestką syndrom pustego gniazda, bo u nich w do-mu nie mieszka nikt, poza nimi samymi. Albo współlokatorka, której nienawidzą i z którą muszą używać tej samej wanny. Nie potrafią zbudować związku, urodzić dzieci, są dysfunkcyjne i dysfunkcjonalne. W dodatku często używają trudnych słów i są nabzdyczone jak indyki, gęgają coś o filmach, na które nikt nie chodzi do kina, chwalą się jakimiś niszowymi książkami, których na pewno same też nie przeczytały, bo czym mają się chwalić, skoro poza pracą, inteligencją, wykształceniem i wy-modelowanym na fitnesie ciałem nie mają nic? Wszyscy męż-czyźni się ich boją. Jak widzą taką ładną, zgrabną, dobrze ubraną w drogie ciuchy wygadaną laskę – uciekają do tej brzydszej i grubszej z drugiego końca klubu. Dlaczego? Bo te
idealne aż krzyczą – jestem sama, ożeń się ze mną! Jestem na to gotowa. Jestem gotowa stworzyć partnerski związek z Tobą, mądry, dobry, czuły i odważny mężczyzno. Jestem gotowa po-dzielić się z tobą praniem i gotowaniem, dzielić się z tobą książkami i opiniami, podróżować. Jestem gotowa zakładać sobie twoje majtki na głowę i śpiewać do pilota od telewizora „Ko-cham cię jak Irlandię”, jestem gotowa śmiać się z siebie i mówić ci, jaki jesteś wspaniały i jak bardzo mocno życzę ci samych naj-lepszych możliwych rzeczy. I jestem gotowa mówić ci, co mi się w tobie nie podoba i pytać cię, co tobie nie podoba się we mnie. Jestem gotowa urodzić dziecko, pod warunkiem, że wychowamy je razem i nie będziesz uciekał z domu z kolegami na browar, mówiąc, że „uciekłem starej, została z dzieciakiem, nie mogę już słuchać tego buczenia, mały jest słodki, ale ja też muszę czasem odpocząć, a ona mnie zamęcza, zrób to, przynieś tamto”. Jestem gotowa też nie rodzić dziecka, jeśli uznamy, że to nie dla nas, że jesteśmy zbyt niemądrzy, zbyt zachłanni na cukierki, że musimy wspólnie do tego dojrzeć. Jestem gotowa być dla ciebie przyjacie-lem, kochanką i bratem. Tak właśnie krzyczą te idealne kobiety, a oni wtedy uciekają na drugi koniec klubu do tych grubszych, które też przecież mają fajny dekolt. One są lepsze, są dużo bar-dziej normalne, niż te wariatki z aspiracjami i wymaganiami, co potrafią nagle rozebrać się o dwunastej w nocy na moście, bo pa-da deszcz i mają na to ochotę. One są tak przerażające, że aż strach w ogóle o nich mówić.
Po tamtej imprezie wróciła do domu i zaraz pod prysznic. Zauważyła, że trzęsą jej się ręce. Jest jej duszno, oddech płytki. Wyjęła z szuflady Aspargin. Zażywać „przy nadpobudliwości serca”. Potem poszła pobiegać. Biegła trzy godziny.
Coś z tym jest, z tym ćwiczeniem ciała. Coś w tym jest. Taka kokaina bez kokainy.
Bo potrzebowała czegoś, co ją pochłonie, weźmie w swoje macki i da jej silne doznania. Przy okazji wyłączy mózg. Pstryczkiem-elektryczkiem z łatwością zatrzyma kołomyję my-śli. Zazwyczaj jej mózg przypomina szlam.
Sport to zdrowie. Na nowoczesnej siłowni z klimatyzacją i zamykanymi na kod szafkami, rząd za rzędem, ramię w ramię ćwiczą. Biegają na bieżniach, spinningują na rowerach, podno-szą sztangi pod okiem osobistych trenerów, pocą się na steppe-rach i grzeją w saunach lub chłodzą w basenach. Biegnąc, oglą-dają w swoim osobistym telewizorku kanał modowy. Albo pa-trzą przez wielką szybę na drzewa, które okalają siłownię. Wte-dy łatwiej sobie wyobrazić, że się naprawdę biegnie, tylko nie ma tych zgniłych liści pod nogami i tego skrobania w gardle od zimnego powietrza. Włosy nie zachodzą wilgocią i nie zabłądzi się w strasznym lesie. To dużo lepsze bieganie. Bardziej praw-dziwe. Można kontrolować puls i ile kilometrów się już prze-
biegło. Czują się naprawdę dobrze. Co więcej, są szczęśliwi. Endorfiny, jasne, że endorfiny. Są szczęśliwi. Nie myślą, nie dumają, nie kalkulują. Jakieś to dziwne, że pół godziny na bieżni może dać taki euforyczny stan.

***

Zuza ma ochotę zwinąć się w przezroczysty kłębek i tak do-trwać do eksplozji, która unicestwi świat. Jej nogi, ręce i usta stają się ołowiane. Nawet, gdyby chciała, nie powie nic. Nie umie nawet o niczym pomyśleć. Ani poczuć. O, ciociu Mała Mi, gdybyś mogła wlać w nią teraz szczepionkę na nic nie czucie, zastygłaby sobie skulona. Wolałaby nie wstawać, nie robić już nigdy niczego.
Ojciec Zuzy zauważa, że jego dziecko czuje się źle. Podsuwa jej krzesło, ale Zuza jest w stanie jedynie stać, gapić się na białą i zaciskać zęby. Chciałaby też zacisnąć oczy, żeby ten dzień się nigdy nie wydarzył, ale wie, że to dziecinne, nie ma ośmiu lat i pewne patenty po prostu się już nie sprawdzają.
Do ojca Zuzanny dociera właśnie, jak daremny był ten po-mysł. Daremny dla Zuzy, która właśnie przestała być dzieckiem i dla jej matki, która także właśnie stała się dorosła. Ale zba-wienny dla niego samego. Czuje, jak głaz spada mu z pleców i toczy się z hukiem w kierunku tych dwóch, tak zaskakująco do siebie podobnych kobiet. Ojciec nie ma teraz chęci się nad tym
zastanawiać, wreszcie może przez chwilę pomyśleć o sobie, odpakować siebie z szarego papieru pakowego i wystawić twarz do słońca.
Stoją w trójkę, nie licząc chudej, z posępnie dyndającymi pod stołem nogami. Stoją niemo, mama, tata i dziecko. Rodzi-na możliwa, lecz nieistniejąca.

***

Zanim pradziadek Leon umarł, zrobił imprezę. Swoje osiemdziesiąte piąte urodziny. Właściwie wcale nie chciał tego zamieszania. Z jednej strony imponowało mu, że tyle ludzi się kłopocze, by wysłuchać jego urodzinowego przemówienia, z drugiej jednak, zasępił się widząc wjeżdżające na stół placki, sałatki z majonezem, wędliny i wielki tort.
– Ale ja mam pięć diet – jęknął.
Babcia Zuzki spojrzała na starca z lekkim zniecierpliwie-niem, ona najlepiej wiedziała, że pradziadek żadnej ze swoich pięciu diet nie przestrzegał, jako zwolennik tłustych i niezdro-wych mięs oraz ziemniaków polanych sosem i solidnej kuchni kresowej.
– Tyle dla taty człowiek robi, a tata tylko narzeka.
Zuzka, która pomagała babci rozkładać sztućce, popatrzyła wtedy na pradziadka wyrozumiale.
– Nie martw się, rodzina przyjdzie i wszystko ci zje sprzed nosa. Nawet nie zdążysz się zorientować.
Bo Zuzka nie lubi rodzinnych spędów. Podczas nich zawsze widzi siebie w coraz gorszym świetle. Początkowo wszystko jest w porządku, jest fajną, mądrą małą Zuzką, z fajnym mądrym tatą. Po chwili jednak okazuje się, że po pierwsze jej maniery są fatalne, po drugie ubrała się niestosownie, po trzecie jest pół-sierotą, po czwarte jej ojciec jest „po prostu święty, ale zbyt naiwny i niezaradny, żeby samodzielnie ją wychować”, po czwarte syn ciotki ma znacznie lepsze stopnie w szkole, po pią-te „ale nie martw się, dziecko, ja ci zawsze pomogę, jakbyś tyl-ko chciała to do mnie przyjdź, ja ci pomogę wyjść na ludzi”.
Po rodzinnych spotkaniach Zuzka zazwyczaj dochodzi do siebie przez bity tydzień, a gdyby żyła w Stanach Zjednoczo-nych tata wysłałby ją do psychoterapeuty w celu podreperowa-nia poczucia własnej wartości.
W każdym razie stało się dokładnie tak, jak przewidywała. Rodzina przyszła, liczna, wystrojona jak na odpust. Dała dziadkowi prezenty, które on, zazwyczaj nader trafnie, komen-tował: o matko, paskudne, a coś ty to z ciuchteksu przytarga-ła?! Potem rodzina zjadła co lepsze rzeczy z prędkością światła i zdążyła urazić Zuzkę kilkanaście razy. Aż wreszcie nadszedł moment, w którym pradziadek ryknął na towarzystwo, gesty-kulując pilotem w stronę telewizora plazmowego:
– Ja najbardziej lubię ten film! Patrzcie!
Zapadła cisza. Wszyscy skierowali wzrok w kierunku pla-zmy. A tam akurat siedem uroczych krów stało w poprzek wiej-skiej drogi i uprzejmie przepuszczało przechodzącego powoli na drugą stronę ulicy ślimaka.
– Zobaczcie – to są uprzejme krowy! Takie krowy lubię! I wy też powinniście być dla siebie dobrzy i przepuszczać przez ulicę tych słabszych, jak te krowy ślimaka!
– …Ale dziadku – wybąkała ciotka Mała Mi – to jest rekla-ma. Reklama czekolady.
Wszyscy w śmiech. Ale nie Zuzka, siedząca za stołem udrę-czona. Obrus był zawalony talerzykami, miseczkami z chrza-nem, jajkami, wędlinami, wódką ciepłą i sokami o nienatural-nych kolorach. Za plecami miała wielki płaski telewizor za trzy tysiące złotych, a przed sobą, na żółtej ścianie – landszafcik. Zakupiony przez babcię w hipermarkecie za stówę albo mniej. Bo babcia postanowiła inwestować w sztukę. Zuza nie mogła oderwać od niego wzroku, był tak niezwykle tandetny, bez wy-razu, bez jakiegokolwiek charakteru. Co kieruje ludźmi, którzy takie coś kupują?
Siedziała więc sobie przy tym długim stole. Przyglądała się. Oto rodzina. Zaśmiewająca się z pradziadka Leona. A on to zniósł z godnością. Odwrócił się do nich tyłkiem i patrzył w telewizor. Oni też, bo zaczął się taniec z gwiazdami i zrobiło się wesoło.
W połowie urodzin Leona, gdy wszyscy już wrzeszczeli, zwierzali się, klepali po plecach i kochali nawzajem, wpadła słodka blondynka, dziewczyna jednego z kuzynów. Babcia z namaszczeniem objaśniła jej who is who. Nastąpił jeszcze większy wrzask, przywitania i przechwałki. Nagle dramat, skończyła się wódka. Co robić?
– Och, pokażę wam moje łóżko!
Co za dziwny pomysł, pomyśleli wszyscy, błądząc wzrokiem po stole za wędliną. Łóżko, wielkie nam co. Ale babka Zuzy była nieugięta, poprowadziła wszystkich do sypialni jak wodzi-rej. Nikt nie mógł się wykpić, zostać przy stole, nikt. Tylko pra-dziadek Leon, na niego i tak nie zwraca się uwagi.
– Oto moje łóżko do masażu za dziesięć tysięcy! – Zuza ni-gdy nie widziała babci tak podnieconej.
Łóżko wyglądało mizernie, jak polowa kanadyjka. Wąskie, bez wygód.
– No połóż się, połóż, złotko, kochanie, zobaczysz, jak ci bę-dzie dobrze!
Mimo że matka tak pięknie namawiała Małą Mi, ta się ocią-gała. Boi się tego, czego nie zna, nie lubi niepotrzebnych wy-zwań. No to położył się chłopak Małej Mi, dla świętego pokoju.
– Uoooooo – kiwał głową z zachwytem, zapakowany przez babkę na łóżko i przykryty szczelnie kocem.
Babka sterowała pilotem, jak pięciolatek, który dorwał się do zdalnie sterowanego samolociku. Po łóżku przesuwały się
wałki masujące i niczym kret sunęły po plecach faceta Małej Mi. A on miał błogą minę, jakby go coś przyjemnie swędziało.
Wszyscy wyrazili swój zachwyt, pomogli mu wstać z łoża i skierowali się w stronę drzwi. Chcieli jeść i pić. Nic z tego.
– Teraz ty – paluch babci wskazał władczo dziewczynę ku-zyna.
Biedulka nie mogła się wykpić. Zaległa posłusznie. Wszyscy, nieco już znudzeni, wyrazili ponownie swój zachwyt.
– Doprawdy – przytaknęła uprzejmie dziewczyna.
Szybko przyszli, szybko poszli. Opędzlowali każdy okruszek, obgadali nieobecnych członków rodziny i uznali, że czas na nich. Do zobaczenia na moich setnych urodzinach, przykazy-wał każdemu na pożegnanie pradziadek Leon, z nadzieją, że może faktycznie wcześniej się nie zjawią.
Zuzka ze swoim tatą patrzyli na Leona smutno. Zu wyjadała palcami czereśnie z cudzych szklanek po kompocie, a jej tata zapalał papierosa.
– Nie pal, synku, jak cię proszę – fuknęła babcia i zaczęła zbierać ze stołu talerze.
– …Może i reklama, ale film – przypomniał sobie Leon. – I to bardzo ładny. Ja to żałuję, że nigdy nie grałem w filmie. A miałem dryg! Po wojnie, mieszkaliśmy z babcią w biednych warunkach, o ho ho, ale było wesoło! Orkiestry grały co sobota, co niedziela kino wyświetlali pod chmurką, przedszkole się
organizowało, były takie panie, co się dziećmi zajmowały, jak rodzice szli tańczyć. A babka to kino lubiła strasznie, uuuuu, strasznie. I chodziła z tą swoją koleżanką Ceśką ciągle do kina, nie tylko nawet w niedzielę! I raz jak wracały po nocy to je za-częli pijani żołnierze gonić. Babka zmachana do domu wpadła. Ledwo im uciekła. Oooooo, jak ja się zdenerwowałem! Moją żonę gonić?! Kolta miałem za piecem, to kolta za pasek, na siebie prochowiec, postawiłem kołnierz i na rower, hajda! Ale myślę, nie! I hejże po szufladach szukać, aż znalazłem boko-brody i wąsy. Do przyklejania. No i heja sobie przyklejać te wąsiska i te bokobrody, bo to były prawdziwe takie sztuczne. Na łeb kapelusz i jazda! Szukałem ich pół nocy, tych ochlej-mordów! Ale się pochowali, pewnie do jednostki zdążyli wró-cić, na swoje szczęście, bo bym ich trachnął z kolta, nawet bym się nie zastanawiał! No ale taki byłem przebrany, że jak wróci-łem nad ranem to babka pisku narobiła uuuu! Przewrażliwiona już była, myślała, że obcy. Taki miałem talent aktorski.
Dwa dni później umarł.

***

Biała Pani stoi przy oknie i patrzy, jak wychodzą z bramy. Zuza i on. Patrzy na niego.
Tęsknię za Tobą, jak nigdy nie tęskniłam za niczym i nikim. Na co dzień tego wcale nie czuję, na co dzień mam się doskona-
le. Oddycham pełną piersią. Tak, to ja, tak tego potrzebowałam – tego rozedrgania, tego rozpędzenia, tych szemranych kontak-tów z ludźmi, których ty byś nie polubił, tego stylu życia, jak lot ćmy. Tak, tego mi było potrzeba. Niechodzenia wcale do lasu, nieleżenia z tobą na łące, niespania obok ciebie w łóżku, kiedy i tak odwracamy się do siebie plecami. Właściwie wreszcie czu-ję, że żyję.
Ale brakuje mi tchu, chorują moje oczy, moja głowa i moje gardło. Bez ciebie ten uśmiech w końcu i tak uwiera mnie jak knebel, robi mi pręgi, mam ochotę wepchnąć go sobie do gar-dła. Bez ciebie kłuje mnie w piersiach, może od nadmiaru po-wietrza, a może dlatego, że naraz nie umiem oddychać tym pustym powietrzem. To są tylko chwile, tylko małe, krótkie ukłucia. Zazwyczaj nie pamiętam. Ale kiedy nie tulisz mnie w nocy, tak jak i tak od dawna mnie nie tuliłeś i kiedy nie bu-dzisz się obok, wpatrzony w moje rzęsy, tak jak i tak od dawna się nie działo, mam ochotę zwinąć się w ślimaka, w gołego śli-maka i nigdy już nie spojrzeć światu w twarz. Wydaje mi się wtedy, że bez ciebie tego świata i tak nie ma, że zabiłam pod-stępnie samą siebie, pozbawiłam tego, bez czego ten mój świat jest surrealnie radosny, pełen fantastycznie kolorowych fanto-mów, szalony, rozkołysany i pachnący landrynkami. Bo w życiu nie dbamy prawie o nic, w życiu drwimy prawie ze wszystkiego, bo tkliwość jest tak rozpaczliwa, jak proszenie kogoś, żeby zo-stał. W życiu nic nas tak naprawdę nie obchodzi, poza tym jed-
nym człowiekiem, tą jedną chwilą, tym jednym słowem i naj-ważniejszym gestem. I właśnie to zawsze najokrutniej, najbez-względniej i doszczętnie rujnujemy. A potem nic się właściwie nie zmienia, ale nie da się właściwie żyć.

***

Zza rogu wyłania się dwóch chłopaków. To Białas i Ciemny. Zajęci rozmową z jakąś dziewczyną. Kiedy ta nie daje im się objąć i odchodzi oburzona, Białas krzyczy za nią:
– Idź, idź! I tak jesteś za brzydka na zdjęcie na biurko!
I w śmiech. Wchodzą do tramwaju, zamykają się za nimi drzwi.
Jakie to dziwne, że wpadamy na nich znowu, myśli Zuzka. Przecież to duże miasto. A może jej się tylko wydawało. Patrzy przez ramię.
Idą.
Zaczyna padać deszcz. Do dupy z taką wiosną.

– KONIEC –

/ Wszelkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody autorki zabronione.