Patrycja Mnich

Ptaki Dziwaki /Bajka dla dzieci/

Całkiem niedaleko stąd jest wielki las. W lesie tym znajduje się wszystko, co powinno, a prócz tego jeszcze ptasia telewizja. Znana w całym ptasim świecie, oglądana przez wszystkie ptaki. Prezesem ptasiej telewizji jest Orłosęp, zaś jego asystentką papuga Kea. Nie słyszeliście o ptasiej telewizji? To możliwe i wcale nie dziwne. Ptaki też raczej nie słyszały o ludzkiej telewizji…

Całkiem niedaleko stąd jest wielki las. W lesie tym znajduje się wszystko, co powinno, a prócz tego jeszcze ptasia telewizja. Znana w całym ptasim świecie, oglądana przez wszystkie ptaki. Prezesem ptasiej telewizji jest Orłosęp, zaś jego asystentką papuga Kea. Nie słyszeliście o ptasiej telewizji? To możliwe i wcale nie dziwne. Ptaki też raczej nie słyszały o ludzkiej telewizji.
Pewnego dnia Orłosęp ogłosił konkurs na Najbardziej Niezwykłego Ptaka na Świecie. Zgłosiły się przeróżne ptaki, ptaszki i ptaszory. Kolorowe, szare, duże, małe, ładne, brzydkie, drapieżne, łagodne, zadbane i niedomyte. Niektóre były nawet łyse. Przyszły też cztery jajka, ale zostały zdyskwalifikowane z powodów formalnych. Wybór był trudny i łatwy zarazem, jak to zwykle ze wszystkimi wyborami bywa.
Aż wreszcie, po długich i burzliwych naradach, które Orłosęp urządzał sam ze sobą, zostali wybrani finaliści konkursu. Każdy finalista dostał pocztą zaproszenie do telewizji. I przyjechali, z wszystkich zakątków świata, żeby wziąć udział w programie finałowym, pokazywanym na żywo. Podczas programu miał zostać wybrany zwycięzca. Sprawy potoczyły się jednak nieco inaczej. Jak? A tak…

***

– Drogie ptaki! – w studiu telewizyjnym stał spiker i wrzeszczał do mikrofonu. – Rok temu ptasia telewizja ogłosiła Konkurs na Najbardziej Niezwykłego Ptaka na Świecie. W finale naszego oszałamiającego konkursu znalazło się pięć ptaków, które już dziś, w programie na żywo, powalczą o tytuł Najbardziej Niezwykłego Ptaka na Świecie. Oto nasi finaliści:

MANDARYNKA: Jeden z najbardziej kolorowych ptaków na całej kuli ziemskiej! Jego bajeczne upierzenie oszałamia każdego! Najpiękniejszy ptak na Ziemi!

KIWI: Ptak, który nie lata! Ma doskonały węch, ale prawie nic nie widzi! Śpi w dzień, nie śpi nocą i nazywa się jak owoc! Sami przyznacie, niezłe dziwactwo!

WRONA: Z pozoru szara i nijaka, ale wybitnie inteligentna! Jeden z najmądrzejszych ptaków w historii ptactwa! Błyskotliwy, towarzyski i zaradny!

NANDU: Ojciec setki dzieci! Każde z nich ma inną mamusię, a Nandu wychowuje je wszystkie zupełnie sam! Najdzielniejszy ptasi ojciec pod słońcem!

ALBATROS: Posiadacz najdłuższych skrzydeł na świecie! Lata nad morzami i oceanami. Niebywale silny! Najbardziej męski ptak!

Kiedy spiker niestrudzenie wrzeszczał, na scenę błyszczącą światłem weszli tanecznym krokiem finaliści konkursu. Wszyscy byli od stóp do głów ubrani w żółte kombinezony, dlatego trudno ich było rozróżnić.
– Drodzy państwo, poznajcie ich teraz: Kiwi! Nandu! Albatros! Wrona! Mandarynka! Już czas, żebyśmy poznali zwycięzcę konkursu. Najbardziej Niezwykłym Ptakiem Na Świecie jest…

– Stop! – na scenę wkroczyła asystentka dyrektora, papuga Kea, i przerwała show. – Dziękuję bardzo, koniec próby generalnej! Jutro wypadniecie znakomicie! Jestem tego pewna! Brawo! Brawo! Brawo!

Ptaki rozluźniły się. Pozdejmowały żółte kombinezony, w których było im ciasno i gorąco. Poprawiły swoje wygniecione piórka. Zgasły reflektory, kamerzyści wyłączyli kamery. Skończyła się próba generalna przed jutrzejszym programem na żywo.

– Ale po co każecie nam zakładać te żółte kombinezony? – zapytał rzeczowo Albatros.

– Bo szef ptasiej telewizji ma fabrykę żółtych kombinezonów – wyjaśniła Kiwi.

– Przesuń się, Wrono bura, paskudna – burknął Mandarynka. – Jak zwykła wrona może brać udział w konkursie na najbardziej niezwykłego ptaka na świecie?

– Umiem świetnie gotować. Przyrządzam pyszne dania ze wszystkiego, co akurat mam w lodówce.

– Łazi to-to po śmietnikach, wkłada co bądź do dzioba i zżera. Wielkie mi gotowanie!

– Masz rację. Jestem zupełnie nijaką wroną. I dlatego jestem taki niezwykły, pośród samych wyjątkowych ptaków.

– By-zy-dura! Nie można być wyjątkowym, kiedy się jest zwykłym! – wykrzyknął Mandarynka.

I zdawało się, że zaraz wybuchnie awantura, gdy nagle Kiwi zdjęła swoje wielkie okulary i położyła się na ziemi. Przymknęła oczy.

– Ja przepraszam, ale muszę uciąć sobie drzemkę.

Na to dzieci Nandu zaczęły jak na komendę piszczeć. Wszystkie sto pisklaków! Zrobił się z tego potworny hałas. Nandu bezskutecznie starał się uciszyć potomstwo, a jego długa szyja prawie zaplątała się w supeł z nerwów.

– Dzieci, cichutko! Tatuś zaraz wam kupi po jabłku z robakiem! Tylko znajdę warzywniak.

Nandu popędził do sklepu, a tymczasem Albatros rozglądał się niezadowolony. Poprawił swoje długie skrzydła, które absolutnie nigdzie się nie mieściły.

– Czy jest tu jakaś woda? – zapytał.

Papuga Kea wyrosła jak spod ziemi i podsunęła Albatrosowi pod nos szklankę wody.

– Oczywiście – rzekła.

– Nie taka – oburzył się Albatros.

– A jaka?

– Do pływania – Albatros wytarł głośno nos chusteczką, bo zawsze miał katar. – Bez wody usycham – dodał smętnie.

– Balia wystarczy?

– Od biedy.

Balia wcale nie była nowa i ładna, jak wszystko w telewizji, ale zardzewiała i dziurawa. Dobre jednak i to, dlatego Albatros wszedł do środka.

– Wygodnie?

– Niezgorzej.

– Niech go pani stąd zaraz zabierze! – jak nie wrzasnął Mandarynka i oskarżycielskim palcem wskazał Albatrosa.

– A to dlaczego? – zdziwiła się Kea.

– Czy pani nie wie, że Albatrosy przynoszą pecha?

Albatros, słysząc to, stanął w balii na baczność, jakby go prąd poraził. Spojrzał poważnym wzrokiem kapitana żeglugi morskiej i wszystkie ptaki też stanęły na baczność, choć przecież nikt im nie kazał.

– Jam Albatros, syn Albatrosa, kuzyn Atosa i Portosa! Nie przynoszę żadnego pecha!

I tylko Mandarynka nie poczuł powagi sytuacji, i zamiast stać na baczność, podskakiwał i wierzgał nogami.

– Eche, już ci wierzę.

Albatros zgromił kaczora wzrokiem. Jego wąsy stały się czerwone ze złości a jedno oko wydało się robić żółte. Kea starała się ratować sytuację.

– Ależ to przesądy. Bujdy na kaczych nogach.

Na to wszystko zbudziła się Kiwi, która chyba tylko udawała, że śpi.

– Żadne bujdy! Przez niego się potknę i wywrócę albo dostanę mandat za przechodzenie przez jezdnię w niedozwolonym miejscu. Zaraz będzie pech!

– Zamiast przechodzić przez jezdnię, wystarczy nad nią przefrunąć – doradziła Kea.

– Przecież ja prawie nie mam skrzydeł – zauważyła Kiwi.

– To jak latasz? – zaciekawił się Mandarynka.

– Ja nie latam – prychnęła oburzona Kiwi.

– To nie jesteś ptakiem. Odpadasz z gry!

– Jestem ptakiem wyjątkowym. Właśnie dlatego, bo nie latam.

– Ptakiem-dziwakiem! – wykrzyknął Mandarynka i podskoczył jak piłka.

– Straszny pech, być ptakiem i nie latać. Ja też nie latam – przyznał się Nandu, który właśnie wrócił ze sklepu spożywczego.

– Jak to?! – zdziwiła się Kiwi.

Nandu spojrzał na nią, jakby dziś z księżyca spadła:

– No normalnie. Jestem jak struś i nie latam. Ale za to szybko biegam. Jak to struś.

– No widzi pan! – zacietrzewiła się Kiwi. – I ma pan dzieci, a ja co? Nawet szybko biegać nie umiem!

– To przez Albatrosa – burknął Mandarynka.

– Całkiem możliwe – stwierdził Nandu. – Wiadomo jakie są albatrosy.

– On nie może tu zostać – orzekł Mandarynka. – On jest niebezpieczny poprzez przynoszenie pecha. Kiwi przez niego nie lata.

– Drogie ptaki, wy sobie chyba jaja robicie – odezwał się wreszcie Wrona i spojrzał bystro na towarzystwo.

– Nie przy dzieciach! – oburzył się Nandu i zaczął zatykać swoim stu dzieciom uszy, chociaż jest to bardzo trudne do zrobienia.

Wrona ciągnął dalej:

– Marynarze wierzą, że albatrosy przynoszą im pecha, ale to jest przesąd.

– Wszystko jedno! Niech go pani stąd zabierze!

– Mowy nie ma – kategorycznie ucięła rozmowę Kea.

I na to wszystko Albatros spojrzał rozczarowanym wzrokiem na ptaki, wziął głęboki oddech i zaczął śpiewać smutną piosenkę o tym, jak to wszyscy myślą, że przynosi pecha marynarzom: Kła-kła-kła, piiiii, kła-kła-kła, piiii…

Ptaki słuchały, oniemiałe. Nawet Mandarynka przestał skakać jak piłka.

– Wzruszyłam się – otarła łzę Kiwi. – Pan ma ciężki los, Albatrosie. Niech pan zostanie z nami. To nie pana wina, że nie umiem latać.

Ptaki zaczęły poklepywać Albatrosa pokrzepiająco po plecach, a wtedy zerwał się mocny wiatr, a tak naprawdę był to łopot ciężkich skrzydeł. Z głośników zamontowanych w studiu telewizyjnym dały się słyszeć oklaski milionów ptaków. Kea poprawiła garsonkę, bo oto nadleciał złowróżbny Orłosęp. Szef ptasiej telewizji, właściciel fabryki żółtych kombinezonów i groźnego spojrzenia.

– Panie, panowie! A oto dyrektor naszej telewizji, pan Orłosęp! – zapiszczał spiker.

– Witam moich niebotycznie zdziwaczałych finalistów! Nazywam się Orłospęp i jestem prezesem największej na świecie ptasiej telewizji. Wpływy z naszych reklam są tak wysokie, że moi pracownicy dostają codziennie przydział złotego ziarna w porze obiadowej.

– Osom! To jest super ekstra, w kuper dzięcioła! – ożywił się Mandarynka, lecz Orłosęp kompletnie go zignorował i mówił dalej.

– Kto wygra nasz konkurs na najbardziej niezwykłego ptaka, ten dostanie kupę forsy w nagrodę i będzie sławny. Zgłodniałem. Poproszę o mrożoną kostkę antylopy.

Kea w mgnieniu oka podała Orłospępowi kostkę, a Orłosęp zjadł ją szybko i brutalnie.

– Co on robi? – Kiwi była wyraźnie przerażona.

– To jest sęp – skwitował Albatros.

– Orłosęp – poprawiła Kiwi.

– Orło, ale sęp. Je nieżywe zwierzaki.

– Ohyda.

– A co wy tam tak pod dziobami mamroczecie, hę? –zapytał Orłosęp, bo nic nie mogło ujść jego uwadze.

– Podziwiają pana. Lubi pan to, prawda?

– A ty, Wrono, nie? Każdy lubi być podziwiany, sławny, piękny i bogaty.

– Ja nie – stwierdził Wrona.

– To co tu robisz? – zezłościł się Orłosęp.

– Przełamuję wewnętrzne opory przed kamerami. Powiedz mi Osłosępie, dlaczego właściwie produkujesz kombinezony dla ptaków?

– Chronią od wiatru, deszczu, są śniegoodporne, ekologiczne, niskotłuszczowe, niskooprocentowane i antypoślizgowe. Każdy nie w ciemię bity ptak je kupi.

– My ptaki jesteśmy bajeczne, mamy rozmaite dzioby, kolory, kształty, rozmiary, każdy z nas jest inny. Jak mamy to wszystko pokazywać światu, nosząc twoje kombinezony, w których wszyscy wyglądamy tak samo – jak żółtko z jajka?

– Przestań mnie męczyć, Wrono. I przypominam, że wszyscy podpisaliście umowy, z których wynika, że każdy, kto wycofa się z konkursu, zostanie zabity i zjedzony.

Orłosęp uniósł ciężkie skrzydła i odfrunął, wzniecając tumany kurzu. A towarzyszył mu aplauz puszczanych z głośników ptasich braw i okrzyków. Brawo! Brawo! Brawo!

– To chyba nie było na serio, z tym zabijaniem i zjadaniem? – Mandarynka zrobił przerażoną minę.

– No, dzieci, pora na szczotkowanie dziobów! – Nandu usiłował zakończyć tę straszną rozmowę. Wyjął szczoteczkę elektryczną, brał po kolei każde ze swych stu piskląt, a potem porządnie czyścił każdemu zęby. A raczej to, co ptaki zwykle mają zamiast zębów. Niektóre ptaszątka bardzo się opierały, ponieważ niczego tak nie cierpiały jak szczotkowania.

Mandarynka nastroszył kolorowe piórka, bo myślał, że nastroszony jest jeszcze przystojniejszy i bardziej przebojowy.

– Wygram na bank. Bez urazy, no offence, nie macie ze mną szans – oznajmił. – Będę sławny i będę bogaty! Bo piękny już jestem.

I zaczął tak mocno machać skrzydłami, że wypadło mu kolorowe piórko. A potem kolejne. Kiwi podeszła, zaciekawiona, pochyliła się i powąchała swoim długim dziobem leżące na podłodze pióra. Niuuuch!

– Pan się leni – oznajmiła. – Jak tak dalej poleci, będzie pan łysy.

– Wcale że nie! – oburzył się Mandarynka.

– Faktycznie nie. W miejsce kolorowych piór wyrastają panu szare – stwierdził Wrona, przyglądając się kaczorowi z uwagą.

– Wcale że nie! Opowiadacie same by-zy-du-ry! Jestem wyjątkowy oraz bajeczny i wygram ten konkurs!

Mandarynka podskakiwał tak gwałtownie, że zaczął gubić kolejne piórka. Spadały na ziemię jak kolorowe płatki śniegu.

– A ja myślę, że każdy ptak jest wyjątkowy – zadumał się Wrona. – Na przykład Kiwi jest ekstrawyjątkowa.

– A skąd! Bycie wyjątkowym to nie to samo, co bycie dziwakiem! – Mandarynka denerwował się i lenił coraz bardziej. Tymczasem dzieci Nandu zbierały jego pogubione piórka i robiły sobie z nich kolorowe wianki na swoje małe główki.

– Ty chyba nie wiesz, co to znaczy „dziwak” – prychnęła na kaczora Kiwi.

– Oczywiście, że wiem – zezłościł się kaczor. – Dziwak to jest ktoś, kto się ciągle dziwi.

– Co ty bredzisz?! – zapytała Kiwi, a Mandarynka nie odpowiedział, bo jego własnym zdaniem nie bredził nic a nic.

– Dziwak to jest ktoś niezwykły – tłumaczyła Kiwi. – Ale bycie zwykłym też jest w porządku. Nie musisz być wyjątkowy, ani dziwaczny. Jeśli lubisz być, ot, zwykły jak Wrona, to możesz sobie takim być. Tym bardziej że Wrona nie jest zwykły, bo jest bardzo mądry.

– Nikt nie jest zwykły, każdy jest jakiś – filozofował Nandu. – Wszyscy jesteśmy dziwakami i wszyscy jesteśmy wyjątkowi. Chodzi o to, żeby nie wstydzić się być tym, kim się jest!

– Chodzi o to, żeby być wolnym jak ptak!

– Wolność to jest dopiero największy dziwak!

– Wolność jest super!

– Wolnym być to znaczy wysiadywać jajka jak długo się chce. I nie oddawać ich na jajecznicę.

– Ale nie ma tak, żeby być całkiem wolnym. To, że sobie teraz pomyślę, że chcę być żyrafą z fioletowymi kopytami, nie znaczy, że tak się stanie – skwitował Wrona.

– Ha! Czyli nie ma wolności! – wykrzyknął tryumfalnie Mandarynka. – Wolność to piramidalna by-zy-du-ra!

– Wolność jest, kiedy Kiwi sobie myśli: „Chociaż jestem malutka i dziwna, to nikt mi nie zabroni brać udziału w Konkursie na Najbardziej Niezwykłego Ptaka na Świecie“ – tłumaczył cierpliwie Wrona.

– To ja wreszcie wiem, czemu biorę udział w tym konkursie! – zachwyciła się Kiwi.

– A ja dalej nie wiem, dlaczego ta wolność jest taka wspaniała! – Mandarynka z nerwów aż usiadł kuprem na ziemi.

– Bo można być takim, jakim się jest i nikogo nie udawać. Można mówić: Jestem wolny jak ptak i chcę być Wroną!

– A ja nie chcę być wolny!!!

Ptaki zamilkły i popatrzyły na Mandarynkę jak na wariata. Lecz kaczor ciągnął dalej, zupełnie niezrażony:
– I nie chcę być sobą! Ja chcę być sławny jak Justin Biber! Albo jak Maryla Rodowicz! I żeby mnie pokazywali w telewizji, i żeby wszyscy mnie podziwiali! Tego chcę!

– Bo jesteś głupi jak but, a nie wolny jak ptak – skwitowała całkowicie zniechęcona Kiwi.

I nie wiadomo, jak by się ta awantura zakończyła, ale na szczęście jedno z dzieci Nandu zaczęło wydawać piskliwe odgłosy „pi-pi-pi”, za chwilę dołączyło do niego kolejne i kolejne. I trzeba było wynieść się z telewizji do pobliskiej gustownej budki dla ptaków, gdzie papuga Kea przygotowała nocleg dla finalistów konkursu.

***

W budce dla ptaków było na tyle dużo pokoi, że każdy ptak miał swój. Jednak ptaki wolały spać wspólnie w salonie z telewizorem. Lepiej czuły się razem, tym bardziej że miały wielką tremę przed jutrzejszym występem na żywo. Co prawda udawały przed sobą, że niczym się nie przejmują, lecz tak naprawdę każde z nich potwornie się bało i wciąż rozmyślało o tym, kto wygra konkurs. Tylko pisklaki Nandu niczym się nie przejmowały i pipczały na całego, ogłaszając tym samym, że wcale nie mają ochoty iść spać.

Albatros, który przywlókł z sobą balię i znowu siedział po szyję w wodzie, usiłował przekrzyczeć potworny pisk stu małych Nandu.

– Czy one koniecznie muszą tak pipczeć?!

– Chcą obejrzeć bajkę! – wykrzyczał bezradnie Nandu. – Bez bajki nie zasną! I nie przestaną pipczeć!

Albatros wylazł z balii i ociekając wodą oraz wycierając zakatarzony nos poczłapał do telewizora. Kiwi spojrzała na Nandu ze współczuciem.

– Może powinien pan zadzwonić po żonę? Żeby panu
pomogła. Macie tyle dzieci, sam pan nie da rady.

– Jestem samotnym ojcem.

– I matka się nimi nie interesuje? – zdziwiła się Kiwi. – Ma sto dzieci i ma je w dziobie?

– Każde z moich stu dzieci ma inną mamę – wyjaśnił Nandu.

– Matko jedyna, ale pan się urządził!

– Nie tylko ja. My, ptaki nandu, tak robimy. To jest zupełnie normalne, że samotni ojcowie wysiadują jaja, a potem wychowują swoje liczne potomstwo. Ja bardzo lubię być tatusiem.

– I pana to życiowo nie przerasta?

– Zwykle pomaga mi kolega, ale teraz jest na urlopie.

Pi-pi-pi-pi – pisklaki rozpiszczały się na dobre.

– Może w telewizji będzie dobranocka – rzekł Albatros z nadzieją i włączył telewizor.

A tam zamiast bajki dla pisklaków widać było Orłosępa, jak naradza się z Keą w ciemnym zaułku.

– Chciał pan ze mną porozmawiać, szefie. Coś się stało? – wyszeptała konspiracyjnie Kea.

– Musimy dopracować szczegóły programu finałowego – wycedził Orłosęp i rozejrzał się podejrzliwie, czy aby nikt ich nie podsłuchuje.

– Przecież wszystko jest dopracowane.

– Otóż nie.

Orłosęp wyjął spod skrzydła wielką tubę z klejem o nazwie „Kapeczka” i podał zdziwionej Kei.

– Co to? – zapytała.

– Klej „Kapeczka”.

– Po co mi on?

– Ptaki wystąpią w finale konkursu w żółtych kombinezonach, tak?

– Tak.

– Posmarujesz kombinezony klejem. Od środka. Kiedy te dziwaki ubiorą kombinezony, przykleją się do nich i nigdy ich już nie zdejmą.

– Ale dlaczego?

– Bo nie chcę ich już oglądać! Wszystkie te pstrokate dziwactwa zakuję w żółte kombinezony! Każdy ptak będzie taki sam i nareszcie będzie porządek! Tylko ja będę wyjątkowy!

– Świat będzie smutny – zauważyła Kea.

– Będzie uporządkowany! – wrzasnął Orłosęp.

I wtedy telewizor zgasł. Ptaki siedziały bez ruchu.

– Słyszeliście? – szepnęła przejęta Kiwi.

– Czy my tu jesteśmy robieni w sroki ogon? – Nandu postanowił zadać ważne pytanie.

– Nabijani w kukułcze jajo? – zawtórował Albatros.

– Obawiam się, że tak – rzekł Wrona z powagą. – Orłosęp chce, żebyśmy przestali być wolni jak ptaki.

– Chyba dziwaczni – rzucił z przekąsem Mandarynka.

– Niestety podpisaliśmy umowę. A nikt nie lubi być zabity i zjedzony – zawyrokował rozsądnie Wrona.

– By-zy-du-ra! – wrzasnął przestraszony Mandarynka.

– Orłosęp robi sobie z nas jaja – orzekł Albatros.

– I ta cała Kea też – dodała Kiwi. – Niby taka milusia, a jest z nim w zmowie!

– Ona jest unikalna – rozmarzył się niespodziewanie Wrona. Ptaki go jeszcze takiego nie widziały.

– Phi! Nawet ładna nie jest.

– Unikalna, bo to gatunek zagrożony wyginięciem. – oprzytomniał Wrona – Jest ich bardzo mało na świecie.

– A niech sobie wyginie! Zjadła kiedyś stado owiec na obiad. Pisali o tym w prasie – Kiwi lubiła czytać dzienniki i kolorowe magazyny.

– Media to rozdmuchały. To jest dobra dziewczyna – Wrona znowu wpadł w romantyczny nastrój.

– „Sowa jest ślepa w dzień, a wrona w nocy, lecz ten, kogo oślepi miłość, jest ślepy i w dzień, i w nocy“ – zadeklamował na to Albatros.

– Marynarskie przysłowie?

– Tomasz Mann to napisał. Słynny pisarz. Człowiek. Zakochałeś się Wrono i bredzisz.

– Ja? W kim?

– W Kei! – orzekły ptaki chórem.

Pi-pi-pi-pi – rozpipczały się na nowo dzieci Nandu. Albatros zatkał uszy.

– Niech je ktoś uciszy!

– Ja im zaśpiewam kołysankę – rzekła Kiwi i zaczęła śpiewać kołysankę, która opowiadała o niej samej i o tym, że gdyby mogła to też spałaby w nocy, a nie w dzień, ale jest takim ptakiem, który śpi w dzień, a nie śpi w nocy i już. Ale ludzie zamiast tej kołysanki usłyszeliby tylko:

– Kwi-kiwi-kiwi-kiwi-kiwi!

Pisklaki Nandu usnęły, jak na komendę. Kiwi zdziwiła się szybkim sukcesem i przestała śpiewać. Trochę urażona, bo nikt nie prosił o bis.

Kiedy małe Nandu smacznie spały, ptaki rozpoczęły zebranie. Musiały przecież omówić to, co zobaczyły w telewizji zamiast dobranocki.

– Słuchajcie, ptaki! – rozpoczął zebranie Albatros i wytarł nos. – Musimy coś postanowić. Przecież chcemy być wyjątkowe i wolne!

– Zróbmy strajk! – Kiwi miała plan. – Nikt nie będzie nas przyklejał do jakiegoś żółtego kombinezonu. Przykujmy się na znak protestu do kaloryfera.

– To zbyt banalne. Mam inny pomysł – oznajmił Wrona.

– Szable? Pistolety? Armaty? Jam Albatros, syn Albatrosa, kuzyn Atosa i Portosa! Mogę walczyć!

– Nie trzeba. Użyjemy sprytu. A teraz śpijmy. Dobranoc – ziewnął dziwnie pewny swego Wrona.

Zapadła ciemność, ptaki zasnęły. Tylko Kiwi siedziała.

– A ja nie zasnę. Żeby chociaż jakaś sowa tu była, to miałabym z kim pogadać. A tu nic, tylko jakieś nietoperze latają.

***

Rankiem ptaki obudziły się wraz ze słońcem i zaraz zaczął się rwetes. Śpiewanie przy goleniu, pluskanie w kałużach, mycie zębów, czesanie piórek. Albatros zażywał kąpieli w balii, jednocześnie podjadając małe rybki z wiadra. Nandu usiłował przebrać z piżamek całe swoje potomstwo, które podzielił na chłopców i dziewczynki, a następnie jednej grupie zakładał spodnie w kratkę, a drugiej sukienki w kropki. Trwała poranna śpiewanina. I niby było wesoło, ale ptaki cały czas rozprawiały o Poważnej Sprawie. O tym, że Orłosęp szykuje na nich pułapkę. Tylko Mandarynka nie chciał w to uwierzyć, bo Mandarynka chciał wygrać konkurs i zostać gwiazdą ptasiej telewizji.

– O-maj-gad!! – oburzył się. – To jest jakaś napowietrzna głupota! Musieliście coś źle usłyszeć. Na pewno nie ma żadnej pułapki. Przecież Orłosęp jest wspaniały, a jego konkurs jest piramidalnie wspaniały! I ja go wygram, obviously.

– Panie Mandarynko – tłumaczył cierpliwie Nandu, bo kiedy ktoś ma sto dzieci to jest bardzo cierpliwy. – To jest prawda, Orłosęp chce nas przykleić do żółtych kombinezonów! Wszyscy do końca życia będziemy tacy sami!

– To jest pułapka! – zagrzmiał Albatros, połykając kolejną rybkę.

– Nawet moje dzieci to rozumieją, chociaż ledwie tydzień temu wykluły się z jajek.

– By-zy-du-ra! You are stupid birds! Na niczym się nie znacie, a wasza matka wysiadywała zgniłe jaja!

– A z piór twojego taty sprzątaczki sobie miotły robią!

– A twoja ciotka mieszka w reklamówce z Biedronki!

– A twoi koledzy dzyndzylą zamiast pimponić!

– A wy nie umiecie ani dzyndzylić, ani pimponić, ani fiufarniczyć!

– Co to znaczy fiufarniczyć?

– A skąd ja mam to wiedzieć?!

– A ty jesteś już prawie cały szary! – wrzasnęła Kiwi, która wyglądała, jakby miała zaraz kogoś kopnąć.

– Oddałem kolorowe piórka do pralni – Madarynka udawał, że nie dociera do niego smutna prawda o jego własnym wyglądzie.

– Zmieniasz upierzenie – spokojnie stwierdził Wrona. – Jak co roku. Za chwilę będziesz cały szary. Taki jak ja.

– Ja nigdy nie będę taki jak ty, Wrono!

Mandarynka uniósł skrzydła do nieba i zamachał nimi z wściekłością, a przez to strząsnął z siebie prawie wszystkie kolorowe piórka, które jeszcze na nim pozostały. Do kaczora dotarła straszna prawda – zmienił upierzenie.

– Oł noł!! Ja nie chcę być bury!!! Nie teraaaaaaaz!!!

Pisklaki zaczęły piszczeć, przerażone – pi, pi, pi, piii!

– Cicho!!! Bo mi pisklęta płoszysz! Już, już, dzieciaczki, już…

Ale pisklaki dalej pipczały, a Mandarynka dalej panikował.

– Ja jestem piękny i kolorowy, I’m osom, cool i nadzwyczajny! To wy mi ukradliście moje piórka!! Oddawać je natychmiast!

– Ciiiii pisklaki, ciiiii – Nandu starał się opanować sytuację. – Coś wam opowiem, posłuchajcie: „Halo, halo! Tutaj ptasie radio w brzozowym gaju, nadajemy audycję z ptasiego kraju…“.

Niespodziewanie telewizor zaczął śnieżyć i na ekranie pojawił się groźny dziób Orłosępa.
– Jakie ptasie radio?! Tu jest telewizja!

Przestraszony Mandarynka wskoczył do balii Albatrosa i zakrył się śmierdzącym rybami ręcznikiem. Nie chciał, żeby Orłosęp zobaczył go całego szarego.
– Moi drodzy – rozpoczął Orłosęp – czas szykować się na wielki finał. Za godzinę wchodzimy na żywo ze studia, wszystkie kamery są przygotowane.

Na to do salonu weszła Kea na wysokich szpilkach. Przez skrzydło miała przewieszone żółte kombinezony. Orłosęp rozejrzał się czujnie.

– A gdzie Mandarynka?

– Nie ma go, udziela wywiadu do „Gazety Wyborczej” – odezwał się zmienionym głosem Mandarynka, ukryty pod ręcznikiem Albatrosa.

Kiwi bezpardonowo zdjęła z Mandarynki ręcznik i wszyscy zobaczyli skulonego w balii kaczora.

– O, znalazł się – zakpiła Kiwi.

– A coś ty taki szary? – zapytał podejrzliwie Orłosęp swoim tubalnym głosem. Mandarynka aż się skulił.

– Najadłem się śmierdzących ryb Albatrosa i tak mi się niedobrze zrobiło, że poszarzałem. Zaraz mi przejdzie. Give me one minute, please.

– Co? – Orłosęp nie był dobry w językach obcych.

– Jajco – skomentowała pod nosem Kiwi.

– Nie mam czasu na głupie rozmowy, lecę do Hong-Kongu na zebranie – Orłosęp stracił zainteresowanie szarym kaczorem. – Kea rozda wam kombinezony. Przypominam tylko, że każdy, kto zechce się teraz wycofać, zostanie zabity i zjedzony.

Orłosęp wymownie pokazał podpisane przez ptaki kontrakty, a telewizor sam się wyłączył. Orłosęp zniknął z ekranu. Wrona spojrzał na Keę życzliwie, w przeciwieństwie do reszty.

– Moi drodzy, przebierzcie się – prosiła papuga.

– Ja tego nie ubiorę. Nie do twarzy mi w żółtym.

– Mój jest za krótki.

– A ja mam alergię na gumę.

– Ubierzcie kombinezony, proszę. Inaczej Orłosęp się rozgniewa.

Kea usiłowała łagodnie przekonać ptactwo.

– A niech się wścieka. Mamy to w kuprach – zupełnie niełagodnie stwierdziłaa mała Kiwi.

Kea podała kombinezon Mandarynce, ten złapał go i zaraz założył. Ptaki patrzyły z trwogą.

– Nie zakładaj tego! Przykleisz się i nigdy tego nie zdejmiesz!

– I bardzo dobrze! Wolę być żółty niż szary! Żółte kombinezony są wspaniałyyyyym ubraaaniem! Już niczego więcej nie zakładaj na nieeeeee! Kwa, kwa, kwa, kwa…

– Skąd wiecie, że tam miał być klej? – zapytała bystra Kea.

– Widzieliśmy w telewizorze jak Orłosęp dawał ci klej „Kapeczkę”! Ale my się nie damy zakleić! Bo jesteśmy ptaki wolne jak… ptaki!

Kea nie wiedziała, co powiedzieć. Całym sercem kibicowała ptakom i nie chciała, żeby wszystkie do końca życia musiały chodzić w żółtych kombinezonach. Ale bała się przeciwstawić Orłosępowi. Milczała więc, a Wrona patrzył na nią ze współczuciem. Pozostałe ptaki obrzuciły ją obrażonym spojrzeniem i zabrały się do lotu. Albatros wziął Kiwi na grzbiet i wzbił się w powietrze rozpościerając swoje potężne skrzydła. Nandu upchnął dzieci pod pachami i ruszył biegiem, jak to nielot. Na końcu zakutany w żółty kombinezon Mandarynka, którego z całych sił popchnął Wrona, żeby go rozpędzić.

Papuga Kea smutno spojrzała w dal. Jakby ogarnęła ją melancholia. I wtem, powolutku, po cichutku zanuciła rzewną piosnkę, w której wyznała, że Orłosęp jest jej wujkiem i że bardzo go nie lubi, ale nie ma nikogo innego na całym świecie, żadnych przyjaciół, ani rodziny i dlatego musi się go trzymać. Jednak my, ludzie, zamiast pieśni słyszelibyśmy tylko:

– Ke-aaaaaaa! Ke-aaaaaaa! Ke-aaaaaa! Ke-aaa!

A Wrona to wszystko słyszał, bo cały czas stał i słuchał. Wreszcie odezwał się miękko.

– Nie jesteś sama.

– Od dawna tu stoisz?

– Słyszałem piosenkę.

– To wiesz już, że Orłosęp jest moim wujkiem.

– Orłosęp nie jest jedynym ptakiem na świecie. Dasz sobie radę bez niego.

– Jak?

– Masz nas. Mnie, Kiwi, Nandu, Albatrosa, a nawet Mandarynkę.

– Ale ja jestem siostrzenicą Orłosępa. Jestem zła.

– Nie dramatyzuj. Raz zjadłaś stadko owiec, zdarza się. Możesz równie dobrze jeść szpinak albo owsiankę.

– Nie posmarowałam waszych kombinezonów klejem.

– Wiedziałem, że nigdy byś tego nie zrobiła.

Wrona i Kea patrzyli na siebie maślanymi oczami i tacy byli w sobie zakochani, że świat wydał im się być bardzo miękką i bardzo dużą watą cukrową, ale zrobioną z puchu, a nie z cukru, który się klei i psuje zęby. A puch jest mięciutki i pachnący.

***

Tymczasem w ptasiej telewizji do gabinetu Orłosępa ktoś się zakradł. W ciemnościach nie było nic widać, a słuchać było głośne: ŁUP!

– Ałaj! Przez ciebie się wywaliłam! – Kiwi podniosła się z podłogi, na której leżała jak długa.

– Nic nie robiłem! – bronił się Albatros.

– Pecha przyniosłeś!

– Nic nie przynosiłem! Jak chcesz to pójdę.

– No już, już, nie gniewaj się. Gdzie tu jest sejf Orłosepa?

– Skąd wiesz, że on to trzyma w sejfie?

– A ty gdzie byś trzymał nasze kontrakty?

– W tym sejfie – Albatros wskazał mosiężny sejf, stojący w rogu gabinetu.

– No widzisz! Myślisz, że potrafisz go otworzyć?

– O to pytasz Albatrosa? Kuzyna Atosa i Portosa?

– To umiesz czy nie?

Albatros rozpostarł swoje długaśne, umięśnione skrzydła i jak nie palnął nimi w sejf, aż ten rozpadł się na kawałki.

– Jam Albatros, syn Albatrosa, kuzyn Atosa i Portosa!

– Dobra, już się nie popisuj. Patrz, są nasze kontrakty.

– Jesteśmy wolni! Nie zostaniemy zabici i zjedzeni.

W tym samym czasie Wrona, Nandu oraz Kea szukali Albatrosa i Kiwi. Martwili się, że ci całkiem gdzieś przepadli.

– Gdzie oni są?

– Tutaj – powiedział Wrona zaglądając do gabinetu Orłosępa.

– Wszędzie was szukamy. Co robicie?

Kiwi widząc Keę, której nic a nic nie ufała, schowała kontrakty za plecy i zrobiła niewinną minę.

– My? Całkiem nic. A ona co tu robi? – Kiwi pokazała Keę swoim długim dziobem.

– Jest z nami. Przeszła na dobrą stronę mocy – poinformował zakochany Wrona.

– Tere fere – Kiwi na to, na co Kea uniosła się honorem.

– Proszę, tu jest klej, którym miałam posmarować wasze kombinezony. Nie zrobiłam tego.

– To jeszcze zrób coś, żeby twój wuj odwołał konkurs – Nandu nie ukrywał, że ma wisielczy humor.

– A po co? My stąd spadamy – wierciła się Kiwi.

– Nie możemy – posępna mina Nandu stała się jeszcze bardziej posępna.

– Właśnie że możemy! Wykradliśmy nasze kontrakty! Nie zostaniemy zabici i zjedzeni. Orłosęp może nas cmoknąć w dziób!

– Nie możemy. Mandarynka nie chce zdjąć kombinezonu.

– Niech spada na drzewo – zaproponowała Kiwi.

– Nie zostawimy Mandarynki na pożarcie Orłosępowi – stwierdził Albatros z pewnym smutkiem.

– Ale dlaczego nie? On jest głupi jak dżdżownica.

– Bo o głupich też trzeba się troszczyć – wyjaśnił Wrona. – Macie, ubierzmy się.

– Mamy się zakuć w to żółte świństwo? Po co?

– Zobaczycie.

***

I oto nadszedł ten długo wyczekiwany moment. Rozpoczął się wielki finał konkursu na Najbardziej Niezwykłego Ptaka na Świecie. W studiu ptasiej telewizji byli już wszyscy finaliści, widownia, operatorzy kamer, kierownik planu i pani od makijażu. Słowem – wszyscy. Oczywiście był i Orłosęp, wystrojony w żabot. Z wszystkich głośników dał się słyszeć głos spikera:

– Drogie ptaki, zgromadzone przed teleodbiornikami! Drodzy ptakowie, drogie ptakinie i ptakątka, oto przed wami finaliści wszechświatowego Konkursu na Najbardziej Niezwykłego Ptaka. Nasze ptaki ubrane są w superwygodne, oddychające i nie zawierające poliestru kombinezony!

I wtedy głos zabrał Orłosęp:

– Obywatelki i obywatele! Nadszedł dzień, w którym wybierzemy najbardziej niezwykłego ptaka na świecie. Jak sami pewnie wiecie, bycie dziwakiem to okropna sprawa. Nikt z nas nie chce się wyróżniać i nie chce, by koledzy pokazywali go palcami. Najbardziej cierpi ptak, obok którego nie sposób przejść obojętnie, który zwraca na siebie uwagę na ulicy, w sklepie i w szkole, bo wygląda albo zachowuje się całkiem inaczej niż reszta. I my temu biedakowi chcemy pomóc. Obdarujemy go główną nagrodą, czyli kombinezonem, w którym będzie chodził do końca swoich dni! Wreszcie poczuje się zwyczajnie! Zwycięzcą jeeestttt… pan Kaczor Mandarynka!!!

Rozległy się fanfary, z sufitu zleciało konfetti, Mandarynka zakrył twarz z niedowierzaniem i był szczęśliwy. Płakał i skakał, ściskał pozostałych.

– O-maj-gaaaad! Osom super cool!!! Jestem bardzo wzruszony! Nie wiem, co powiedzieć! Chciałbym podziękować przede wszystkim rodzicom! Bez nich to by się nie udało! Mamusiu, tatusiu, dziękuję, to dzięki wam jestem taki piękny!!!

– Ten matoł nic nie rozumie – stwierdziła Kiwi. – On się cieszy.

– I co teraz? – rozejrzał się Nandu, a z odpowiedzią pospieszył mu zadowolony z siebie Orłosęp.

– A teraz zwycięzca podpisze kontrakt, w którym zobowiąże się do chodzenia w żółtym kombinezonie i niezdejmowania go pod żadnym pozorem przez najbliższe czterysta lat! Oto pióro i umowa!

Mandarynka wziął pióro i umowę, i już, już miał podpisać…

– Zróbcie coś, on to podpisze! – wrzasnęła Kea.

Albatros, nie namyślając się wiele, rozłożył skrzydła i zaczął machać nimi tak mocno, że zerwał się wieki wiatr, który wyrwał ze skrzydeł Mandarynki umowę i pióro.

– Aaaaa, ratunku! Wiatr porwał moją umowę!

Na to zawołał Wrona:

– A teraz – nasz plan! Raz, dwa, trzy!

Ptaki na „trzy” zdjęły żółte kombinezony, co wprawiło Orłosępa w istny szok.

– A co to ma znaczyć?! Mieli być przyklejeni!

A na to wszystkie ptaki, poza Mandarynką, zaczęły śpiewać piosenkę o tym, że każdy z nich jest ptakiem-dziwakiem, wolnym jak ptak i całkiem innym niż inni.

Kwa, kwa, kiwiiii-ki-wiiiiii, kra, kra, kra, keeeaaaaaa! Keaaa!, Kła, kła piiiiiiii, kla kła piiiiii…

– Zabić ich i zjeść!!! Zabić i zjeść!!! – wrzeszczał bez opamiętania Orłosęp, zatykając uszy, bo nie mógł znieść tego, że ptaki śpiewają piosenkę o wolności.

Ale ptaki już się nie bały, śpiewały i tańczyły.

– Dalej Mandarynko, zrywaj swój kombinezon!! Uwolnij się!!!

– Zostawcie mnie w spokoju!

– Keo! Do dzieła! – wrzasnął Orłosęp. – Zabij ich wszystkich! Natychmiast! To rozkaz!

– Nie słucham już twoich rozkazów! I od dzisiaj jestem wegetarianką! No, może jeszcze tylko ciebie trachnę!

Kea wyjęła pistolet na wodę (ale wyglądał jak prawdziwy), a przerażony Orłosęp otworzył szeroko oczy. W końcu dotarło do niego, że przegrał, że nic tu po nim i że nie uda mu się zakuć ptaków w żółte kombinezony. Że wolność wygrała, a ptaki zawsze będą wielobarwne i różnorodne. I nikt im tego nie zabierze. Osłosęp nie miał już czego tu szukać. Rozpostarł skrzydła i odleciał, gdzie pieprz rośnie, wygrażając Kei:

– Zdrajczyyyniiii! Jeszcze popamięęętaaasz!

– Dalej, Mandarynko! – ponaglał Wrona. – Zdejmuj kombinezon, pokaż, jaki jesteś naprawdę! Bo inaczej każą ci robić to, co wszystkim. Każą ci tak samo siedzieć, tak samo myśleć. Czy ty wiesz, co to znaczy?

– Nie zjesz, co chcesz, ale co ci dadzą.

– Nie zaśpiewasz swojej piosenki, tylko taką, którą ci zanucą.

– Nie będziesz smutny, kiedy będziesz smutny.

– Będziesz wesoły, bo tak ci rozkażą.

– Słowa zamażą, zasłonią oczy, zamkną ci dziób i zatkają uszy.

– Będziesz żółtym manekinem, bez marzeń, bez pragnień, bez siebie.

– Nie będziesz wolny jak ptak, będzie z ciebie wrak!

Mandarynka poddał się. Powolutku, ze smutną miną, zdjął żółty kombinezon. Był całkiem szary. I przestraszony. Ptaki zamilkły.

– Zadowoleni jesteście? Jestem teraz całkiem szary. Nijaki. Brzydki. Śmiejcie się. Śmiejcie.

– Jesteś dokładnie taki, jaki masz teraz być – stwierdziła Kiwi.

– Nie ma drugiego takiego – dodał Nandu.

– Ani trzeciego – wtrącił Albatros.

– I nie wstydzicie się mnie?

– Nie, głupku! – zdenerwowała się Kiwi.

– Pójdę z tobą do restauracji, jak chcesz – zaoferował Wrona.

– A ja na zakupy – zachęciła Kea.

– A ze mną możesz łowić ryby – zadeklarował Albatros.

– A ja? – zaniepokoiła się Kiwi.

– Ty też, zazdrośnico.

– A moje dzieci możesz odprowadzać do przedszkola.

– Osom! Super, wspaniale! Jestem wyjątkowy! Całkiem wyjątkowy! To ja! Superptak! Nikt nie jest taki jak ja! Osom! Osom! Osom!

– Ej, stop! – zarządziła Kiwi i Mandarynka przestał podskakiwać. – Jaki jest właściwie morał tej opowieści? Bo chyba nie te wrzaski Mandarynki?

Ptaki wpadły w zadumę.

– Nie oglądaj telewizji, bo ogłupia?

– Nieeee, niektóre programy są niezłe. – zaprotestował Albatros. – Na przykład o rybach, o wędkarstwie i rybołówstwie.

– Nawet jeżeli chwilowo jesteś szary, to potem odrosną ci kolorowe piórka? – zaproponował Mandarynka z nadzieją.

– Jak ktoś jest głupi, to głupi zostanie? – odpowiedziała mu Kiwi pytaniem na pytanie, za to niegrzecznie.

Ale prawdziwą odpowiedź znał Wrona.

– Morał jest taki, że nie wolno dać sobie ubrać żółtego kombinezonu. Nigdy w życiu!

Kwa, kwa, kiwiiii-ki-wiiiiii, kra, kra, kra, keeeaaaaaa! Keaaa!, Kła, kła piiiiiiii, kla kła piiiiii…

Ptaki wiedziały już, jaki jest morał, mogły więc zabrać się do śpiewania ich ulubionej piosenki o wolności, którą każdy z nich śpiewał w swoim tempie i z inną linią melodyczną, dlatego my, ludzie, uznalibyśmy to za potworny ptasi rwetes, a nie żadne śpiewanie. Mandarynka także śpiewał wniebogłosy, a wokół walały się żółte kombinezony, których nikt nie chciał.

KONIEC

/ Wszelkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody autorki zabronione.